Back to Bali
Komunikacja lotnicza na Flores jak i samo Labuan Bajo pokrzyżowały nam trochę plany. Z zaplanowanego chilloutu na jednej z maleńkich wysp w okolicach Komodo ze względu na pełne obłożenie turystami nie wyszło nic. Próba zarezerwowania lotu powrotnego, który miałby przerzucić nas trochę bliżej Jakarty również zakończyła się fiaskiem – wszystkie loty, które na stronie widniały przez cały czas jako gotowe do zabookowania, w chwili ostatecznej decyzji okazywały się pełne i od razu znikały z listy. Jako, że w najbliższym czasie cięzko było trafić na coś sensownego musieliśmy podjąć decyzję o szybkiej ewakuacji w stronę cywilizacji. Wielka szkoda, że nie udało nam się zgłębić Flores, które zapowiadało się na ciekawą i dość dziką wyspę, jednak musieliśmy zmniejszyć ryzyko przypadkowego przedłużenia urlopu. W rachubę wchodziło właściwie tylko powtórzenie poprzedniej trasy, w odwrotnym kierunku, tj, prom w Labuan Bajo do Sape, dalej transport do Bimy a tam zarezerwowany już wcześniej samolot Garudy do Denpasar na Bali. Szybkie rozeznanie, decydujemy się na prom wieczorny (jeden z dwóch pływających dziennie na tej trasie) o 4 po południu. Biorąc pod uwagę typowe indonezyjskie poślizgi czasowe, powinniśmy zdążyć na samolot (o 10:50) z może czterogodzinnym zapasem. Prom okazuje się być tym samym, którym płynęliśmy w tą stronę (pewnie mieliśmy na to 50% szans) a więc i procedura ulokowania była identycza – przygotowanie koczowiska na górnym pokładzie i przyjęcie środka nasennego w postaci Balijskiej whisky (Drum) o dosyć aptecznym posmaku. 5 minut po czwartej kapitan daje pierwsze sygnały do wypłynięcia, na pokład szybko wskakują ostatni spóźnialscy a po następnych 10 minutach wypływamy na pełne morze. Zaskakująca punktualność (chyba po raz pierwszy). Tym razem w zachodzącym słońcu mamu okazję podziwiać Rince, Komodo i wiele innych, małeńkich wysepek – rewelacyjne widoki. Spokój mąci nam przelotny opad deszczu, który zmusza nas do chwilowego zwinięcia koczowiska. Wilgotność w powietrzu dosyć spora, słońce już prawie zachodzi a pokład nadal mokry. Mopy w garść i jedziemy z pokładem, co bardzo rozbawiło całą załogę. Sen przyszedł szybko i został przerwany ok 11:30 w nocy pobudką zorganizowaną nam przez obsługę. „Sape, sir. Finish”. Zaspani, zbieramy się, zerkamy w stronę portu z niepokojem obserwując stojący przy molo bliźniaczy prom… Chyba zapowiada się wysiadka w lokalnym stylu… Rzeczywiście, powtarzamy procedurę, którą mieliśmy okazję zaobserwować ostatnio w tym miejscu – prom zbliża się do tego stojącego w porcie na kilkaście centymetrów, a my z góry przez szparę obserwujemy przeskakujących między statkami ludzi. Nas czeka to samo – wybieramy jednak pewniejszą drogę – pomiędzy górnymi pokładami, która w porównaniu z tymi ekwilibrystycznymi sztuczkami odbywającymi się parę metrów niżej, wydaje się to o wiele bezpieczniejszą przeprawą. Trochę nie rozumiemy tych ryzykujących ludzi skoro przejscie górą to właściwie jeden krok. A może lokalni nie mają wstępu na górny pokład? Schodzimy na dół przechodząc przez zacumowany w porcie statek. Ten wygląda zdecydowanie gorzej od naszego – pełen ludzi, kogutòw zapełniony samochodami i ciężarówkami. W trakcie rozmowy z napotkanym białym widzimy jak za jego plecami w kajucie kicają szczurki. Patrząc na ten cały motłoch gnieżdrzący się pod deckiem w totalnym syfie nie możemy się nadziwić naszemu szczęściu. Dokładnie ten sam prom z minimalnym obłożeniem i w miarę czysty w dwie strony. Przedarcie się do trapu zajmuje nam ładnych parę minut w trakcie których z plecakami nad głowami przecieskamy się wąskimi labiryntami między ciężarówkami. Uf, w końcu port – standardowa procedura – wianuszek lokalnych szukających rozrywki, pomagających i nagabujących na wykupienie usługi transportowej. Jest środek nocy i na coś trzeba się zdecydować. Problem tylko jeden – nie ma już zdezelowanych busików, publicznego transportu ani pięknych kolorowych taksówek. Za to w rzędzie stoją maleńkie azjatyckie autka transportowe z niewielką kabiną i otwartą przestrzenią transportową. Nie, nie – nie przestrzenią do transportowania ludzi, ale raczej swieżo złowionych owoców morza. 50K IDR od głowy, cena jednak mocno faluje i im dłużej się zastanawiamy tym coraz bardziej zbliża się do 100K. Nie działa trick z próbą oddalenia się od nagabywaczy – oni wiedzą, że o północy w tej dziurze nie znajdziemy żadnej alternatywy. Wymiękamy i wskakujemy na pakę. Szybko pozbywamy się resztek ryb, w międzyczasie kierowca przynosi nam matę niewiele czystszą od samej paki. Przez następne 2-3 minuty stania w porcie jest w miarę komfortowo, potem obok nas wskakuje jeszcze czterech lokalnych i juz nie jest tak dobrze. Ciemno, wieje, kierowca wybiera pare skrótów po bocznych drogach i podkręca tempo nakręcając się lecącymi z kasety tłustymi bitami w muslimskim i hindu stylu. Stwierdzenie „Hati-hati” zapewne niewiele mu mówi. Trasę przebywamy ponad 2x szybciej niż za pierwszym razem, lądując tym samym w Bimie przed pierwszą w nocy (na szczęscie cali), czyli dużo wczesniej niż zakładaliśmy.
Mamy teraz dwie opcje – koczowanie przez 10h w bungalowie, zwanych tutaj przez niektórych terminalem lotniska, albo znalezienie hotelu na krótką drzemkę. Z lenistwa wybieramy drugą opcję a dzięki pomocnym policjantom hotel znajdujemy bardzo szybko. Jest zaskakująco fajny i czysty jak na miejsce w którym się znajdujemy. Pierwszy ciepły prysznic od 4dni, drzemka, hotelowe śniadanie z okropną kawą, przeskok na lotnisko i zaskakująco planowy odlot Garudą w stronę Denpasar – lotniska na rajskiej* wyspie Bali . ——– * trwają spory nad słusznością tego określenia – podobno w raju jest mniej ludzi i deszczu