Flores Komodores
Po odespaniu transferu z Sumbawy, na Flores zastaje nas upalny dzień. Szybko okazuje się jak dużo marketingu stoi za nazwą hotelu do którego trafiliśmy nocą – Hotel Centro Bajo zlokalizowano dobre 20 minut od właściwego centrum Labuan Bajo. Skwar z nieba leje się niemiłosiernie. Plan na dziś to złapanie skuterów i transportu na archipelag Komodo. Rozważamy również wyprawę na wschód Flores aby zobaczyć różnokolorowe jeziorka wulkanicze w kraterze Kelimutu lub zadekowanie sie na chillout na jednej z pobliskich wysepek. Powoli człapiemy w kierunku centrum. Droga wije się pagórkami co potęguje pracę gruczołów potowych – powoli „spływamy”.
Po drodze mijamy centra nurkowe, masakan padangi i włoskie piekarnie. Drogą gęsto suną stuningowane lokalne busiki ze spojlerami, w kolorach rasta, oklejone naklejkami z Marleyem i wszelakimi zdobieniami mogących podnieść poziom cool kierowcy. Niska, różnokolorowa zabudowa wzdłuż ulic przywodzi na myśl nieco karaibskie klimaty. Ogólnie miło ale skuterów brak. W całej naszej dotychczasowej historii podróżowania po Azji nie było absolutnie żadnego problemu z wypożyczeniem skuterów. Tutaj ‚I’m sorry, all out’ . Po kilkugodzinnych poszukiwaniach udaje nam się złapać dwa skuterki. Dobijamy również targu co do wyprawy na warany. Ostatecznie wybraliśmy jednodniową wycieczkę na wyspę Rinca połączoną ze snorklingiem i lunchem na łodzi (415K IDR na osobę) w agencji Bule, tuż przy przystani. Cała łódź będzie tylko do naszej dyspozycji. Zarówno przewodniki jak i miejscowi twierdzą, że Rinca to lepsza opcja z większym prawdopodobieństwem zobaczenia waranów niż samo Komodo. Wieczorem wyszukujemy w internecie co lepsze historie na temat ataków waranów na turystów i strażników parku. Podobno warany są w stanie wyczuć krew z odległości kilku kilometrów, a jedno z nas po surfingu ma wciąż świeżą ranę na pięcie zatem wiadomo kto będzie przystawką. Hmm.. robi się ciekawie…
Warany są aktywne tylko wcześnie rano i wieczorem. Wypływamy przed wschodem słońca (6.30) łodzią zbitą z kilku desek. Po 2 godzinach niemiłosiernego warkotu silnika dobijamy do brzegu Rinca. Do bramy parku odprowadza nas jeden z załogantów zabierając po drodze kijek z rozwidloną końcówką. Tłumaczy gestem że to broń na warany ale zakładamy że robi sobie jaja. Z kijkiem czy bez, idziemy. Wejście do parku zdobi kamienna, kiczowata brama z dwoma wielkimi posągami waranów. Brama + otaczające pustkowie wypalonej roślinności przywodzi na myśl sceny rodem z filmów gdzie zawsze po przekroczeniu takiej bramy kończy się to źle. Kilkaset metrów ścieżki i dochodzimy w końcu do kilku zabudowań. W tym miejscu zostajemy przekazani strażnikowi parku (Ranger), który również ma kij z rozwidlonym końcem. a jednak to oficjalna broń na smoki…
[Ranger] Welcome… please stick together and don’t lag behind cause…
[My] Ok. Is it true story about this tourist grom swizerland?
[Ranger] Yes but it was on Komodo Island
[My] How many people have been attacked beside her?
[Ranger] 5 but only rangers not tourists. May be today
[My] You think we will meet some Varans today?
[Ranger] Yes I saw 3 near. 2 small and one big. Follow me.
Po kilkudziesięciu metrach spotykamy dwa małe warany (ok 1m z ogonem). Ranger mówi, że są dużo agresywniejsze od starszych, masywniejszych kolegów, więc powinniśmy zachować większą czujność. Po chwili wyłania się duży (ok 2,5-3m). Wygląda na opasłego i spowolnionego ale to tylko pozory. Dowiadujemy się że warany potrafią biegać z prędkością 20 km\h, pływać i wdrapywać się na drzewa, ale na szczęście są na tyle leniwe że swoje ofiary atakują głównie infekując jadem i bakteriami poprzez ugryzienie. Syf jaki generują z paszczy w zależności od wielkości ofiary zabija na miejscu (jelenie) lub po 1-2 tygodniach (bawoły). Jeśli ofiara nie umiera od razu to waran cierpliwie podąża za nią aż się wykrwawi. Następnie połyka tak, jak to robią anakondy. Ubarwienie warana idealnie zlewa się z otoczeniem w którym żyje, atakuje zachodząc ofiarę od tyłu, czekając na odpowiedni moment…
Idziemy dalej wgłąb lasu nerwowo oglądając się za siebie. Ranger ze swoim patykiem na przedzie, my gęsiego za nim. Dochodzimy na wzniesienie, z którego widać cały archipelag oraz ogromną połać sawanny skrywającą pewnie setki tłustych waranów. W oddali widzimy bawoły, jelenie. Ranger twierdzi, że już tutaj warana nie spotkamy więc już nieco rozluźnieni zachwycamy się pięknymi widokami. Po kilkunastu minutach marszu w upale, gdy już nadzieja na kolejne spotkanie ze smokiem spadła do zera Ranger niemal potyka się o gigantycznego warana ukrywającego się za konarem (maskowanie działa idealnie). Wygląda jakby coś trawił i pewnie tylko dlatego ma nas w nosie.. Ranger podpuszcza nas do zrobienia sobie foty..
[Ranger] Cmon, go closer
Jesteśmy 3m od warana
[Ranger] Closer
Jesteśmy 2m od warana, a od waran od Rangera jakieś też 2m. Zastanawiamy się jak on nas chce obronić w razie ataku? Na wszelki wypadek dostajemy kijek do obrony.. dzięki Stary, doceniamy..
[Ranger] Closer really I am may be a bit fucked but I dont want you to die
Podchodzimy na 1,5m ale portki się trzęsą.
Dobra. Koniec tego. Warany zaliczone.
Do portu wracamy sami, bez asysty. Co krok mijamy tabliczkę ‚ hati-hati, uwaga na warany’. W końcu jesteśmy przy łodzi. Nie wiemy do końca co myśleć o tej całej sprawie z waranami. Z jednej strony wyglądało jakby nasz Ranger trochę z nami pogrywał, a z drugiej to jednak mięsożerne drapieżniki bez skrupułów. Widzieliśmy parę fotek, a nawet pocztówek jak grupowo rozczłonkowują np jelenia i nie chcielibyśmy się znaleźć na jego miejsciu. W drodze powrotnej zaliczamy jeszcze 2h snorkelingu na pobliskiej rafie i wracamy do Labuan Bajo. W końcu hotel, prysznic… a w łazience.. monstrualny gekon. Ogólnie gekony to pożyteczne jaszczurki żywiące się owadami. Nie widzieliśmy do tej pory okazów większych niż 1,5 palca wskazującego dorosłego człowieka. Ten z łazienki miał chyba ze dwa razy więcej. Waran to raczej nie był ale po tej całej wycieczce zobaczenie jaszczurki długości 30 cm na ścianie do śmiesznych nie należy.
ładowanie mapy - proszę czekać...