Wielka pętla Mekongu

Wiemy już gdzie bywają i czym zajmują się w tym rejonie turyści. Czas na zbadanie miejsc, do których, mamy nadzieję nie docierają. Plan na trasę był dosyć prosty – jedziemy kilkanaście kilometrów lokalną drogą do Cai Be, tam wskakujemy na mniej lokalną trasę do Vinh Long. Następnie lokalnymi drogami do Tra Vinh, gdzie po przejechaniu ok. 140km pewnie bedziemy musieli szukać noclegu. Następnego dnia krótsza trasa (ok. 70km) zamykająca pętlę przez Ben Tre z powrotem do My Tho, z którego jakoś musimy wydostać się do Saigonu.
Prognoza pogody nienajgorsza – właśnie otwiera się okno pogodowe, które ma umożliwić nam atak na Vinh Long. Opuszczenie My Tho idzie nam wyjątkowo powolnie. Trzeba znaleźć kawałek sznurka, żeby przytroczyć plecaki do skutera, skoczyć na stację autobusową sprawdzić opcje powrotu, poszukać dwudolarowego substytutu dla utraconych w Mekongu okularów, dotankować, dojeść, pomarudzić, pooglądać mapę. Ruszamy.
Droga wylotowa z My Tho pustoszeje z każdym przejechanym kilometrem. Z ruchliwej ulicy zamienia się powoli w wiejską dróżkę otoczoną plantacjami bananowców. Na drogach coraz więcej rowerów a coraz mniej skuterów. Coraz więcej ludzi zaczyna zwracać uwagę na nietypowych ludzi w nietypowej konfiguracji na skuterach (tak, tak – 4na3). Pogoda idealna – słonce wali pełną mocą, dodając jeszcze uroku okolicy. W momencie kiedy wydawało się, że docieramy już do Cai Be droga zawęża się do metrowej szerokośći betonowego pasa wijącego się pomiędzy wiejskimi domkami, gdzieniegdzie biegnącego wzdłuż kanału. Oczywiście zaraz na wstępie wybieramy złą dróżkę, co pozwala nam pozwiedzać jeszcze trochę okolicy. Po krótkiej tułaczce po wsi trafiamy w koncu na most a chwilę potem na przeprawę promową. W momencie kiedy podjeżdzamy do mocno zaimprowizowanej przystani widzimy prom załadowany już ludźmi i skuterami, gotowy do odpłynięcia. Szybki rzut oka na otoczenie – zaraz przed wjazdem na prom, mały stolik z kilkoma kupkami kolorowych świstków papieru. Zza stolika sprzedawca zachecająco macha i poazuje na papierki. Prom wygląda jakby zaraz miał ruszyć, a to chyba bilety.
– Three! Three motorbikes – częsciowo na migi, częsciowo po angielsku próbujemy dokonać zakupu puli biletów.
– No, no. Four. Fourty thousand. – poprawia sprzedawca
Następuje wymiana papierów mniej lub bardziej wartościowych, szybkie wtoczenie się na ruszający już prom. Płyniemy. Na promie pojawia się młody Wietnamczyk… zbierający pieniądze od pasażerów ? Spoglądamy na „bilety”… Wygląda, że dzięki nim możemy wygrać 1,5mld dongów… mamy na to cztery niepowtarzalne szanse.
Promowy bileter nie akceptuje losów na loterię jako środków płatniczych. Za to z każdą sekundą dynamicznie podnosi cenę promu.
– Five. – domaga się uiszczenia opłaty. Dostaje od nas 10tys., wydaje 2tys. reszty, które chwilę później wyrywa nam z ręki i chowa z powrotem do kieszeni. Ktoś wie za co i ile zapłaciliśmy ? :) Prom po może dwuminutowym rejsie dobija do drugiego brzegu, gdzie trafiamy w środek lokalnego marketu. Uwielbiamy azjatyckie targi. Widok sterty zioł, owoców i surowego mięsa leżącego na stoiskach zapewne od wczesnego poranka bez lodówek ani zabezpieczenia to niesamowty klimat. Zastanawiając się, kto potem zjada tą całą wieprzowinę, wołowinę i krewetki, nie dopuszczamy do siebie myśli, że możemy to być właśnie my.
Opuszczając targowisko zostajemy trafieni pierwszą kroplą deszczu, poprzedzającą wielką ulewę. Ponad godzinę siedzimy pod azjatycką wersja Media Markt – dosyć sporego sklepu, na wyposażeniu którego znajduje się pięc pralek stojących w nieodpakowanych kartonach, 3 skutery Hondy i znudzony sprzedawca oglądający cały czas wietnamską telenowelę. Nie tylko my nie lubimy jeździć w deszczu. W ciągu kilku chwil ruchliwa do tej pory droga pustoszeje, by wraz ze spadkiem ostatniej kropli deszczu ożyć na nowo. Opuszczamy miasto, kierując się w stronę drogi prowadzącej do Vinh Long.
To, jak okropna była to przeprawa, będziemy pamiętać zapewne jeszcze długo. Jak się później dowiedzieliśmy – Vinh Long jest jednym z głównych miast tranzytowych w delcie Mekongu. To przez nie przewija się większość towarów jadących na stoły bogatego Saigonu. Szybko zauważamy jak wiele tych towarów zmienia swoje położenie. Ponad 20 km pokonujemy w sporym ruchu ciężarówek, autobusów i skuterów. Droga po deszczu zdążyła już przeschnąć, w powietrzu pełno pyłu, spalin, powoli zaczyna przesychać też w gardle. Wzdłuż tego małego motoryzacyjnego piekiełka cały czas ciągnie się mikro-handel. Stragany z owocami rozłożone metr od pędzących autobusów, kilkanaście Ca Phe z widokiem na betonowy pas tranzytowy, stoiska ze słodyczami i zwykłe chatki – Wietnamczycy zdecydowanie lubią tego typu bajzel. W końcu, jest: Vinh Long. Zanim dotrzemy do centrum musimy pomęczyć się jeszcze na tamtejszych „autostradach” i mostach. Po drodze łapie nas kolejna ulewa – prognoza dała ciała. Okno pogodowe miało zamknąć się w trakcie pory obiadowej.
Samo miasto, poza tym że w połowie zalane po niedawnej ulewie, niczym nie zaskakuje, niczym nie zachwyca. Ot miasto z przystanią, chyba turystyczną. Co ciekawe – od opuszczenia My Tho nie spotkaliśmy ani jednego białego. Chyba leczą kaca po wycieczkach łodzią. Kilka pętli po okolicy, przerwa na jedzenie – dobre, ale raczej bez historii, po czym szybko, zestresowani tym że nie uda nam się załapać na ostatnią przeprawę promową na drodze do Tra Vinh ruszamy dalej.
Na szczęscie wracamy na niewielkie drogi lokalne. Wraca też pogoda a wraz z nią znowu rewelacyjne widoki. Delta potrafi zaskakiwać. W drodze przez wsie trafiamy na osadę ceglarzy. Wzdłuż drogi ciągną się wysokie ceglane budowle, przypomnające trochę ule z których na tle biało-błekitnego nieba unoszą się słupy czarnego dymu. Wokół cegielni suszą się długie rzędy cegieł. Kawałek dalej zaskakują pola ryżowe w przeróżnych kolorach zależnych od aktualnej fazy dojrzewania ryżu. Co chwilę przekraczamy mostki nad kolejnymi kanałami. Wszędzie budzimy sensację. Kiedy tylko ktoś w porę się zorientuje, że właśnie mija go na dużej liczbie skuterów niewielka liczba białych, od razu macha, pozdrawia, krzyczy „Hello!”, uśmiecha się albo robi dziwny, trudny do jednoznacznej interpretacji grymas.
Z wielkim już bólem tyłków, zniszczonych amortyzowaniem nierówności, docieramy w końcu do Tra Vinh, opisywanego jako najładniejsze miasto w delcie. Zestawienie tego faktu w połączeniu z widokami wewnątrz miasta, utwierdza nas w przekonaniu, że wolimy jednak wsie Mekongu. Dla jasności – nie zarzucamy nic Tra Vinh. Po prostu niczym specjalnym się nie wybija. Chwila poszukiwania hotelu – po kilku próbach trafiamy do jednej z najwyższych budowli w centrum – hotelu przy głownym placu w mieście. Pokój tradycyjnie już bez okna, za to mniej tradycyjnie z karaluchami biegającymi po podłodze, a jeszcze mnie tradycyjnie – z gwiazdami i księżycem z karton-gipsu na suficie. 300tys. VND za pokój z grzybem za to bez śniadania to raczej nie jest okazja. Na szczęście mamy sie tam tylko przespać i z samego rana ruszać dalej. Tymczasem pora na kulinarne testy w okolicy. Chwila rekonsenansu – trafiamy do knajpki, właściwie stalla, serwującego tylko i wyłącznie Pho (wietnamską zupę z makaronem ryżowym, świeżymi ziołami i dodatkiem wołowiny lub krewetek, w zależności od upodobań). Re-we-la-cja. Do tej pory zdażyło nam się jeść parę razy Pho, niestety przeważnie w knajpach polecanych przez przewodniki. Jak wielki był to błąd właśnie po raz kolejny się przekonaliśmy. Oprócz wielkich misek z zupą dostajemy wielki talerz z tajską bazylią, kiełkami fasoli, paroma niezidentyfikowanymi rodzajami zieleniny, sos chili i chili siekane w plasterki. Siedząc na za małych krzesełkach przy za małym stoliku, małą łyżką jedząc zupę z wielkiej miski, nagle zupełnie oczywistym wydaje się fakt, na który wcześniej jakoś nie zwracaliśmy uwagi – potrawa serwowana w miejscu, w którym serwuje się tylko ten jeden rodzaj jedzenia musi być dobra :) Po raz kolejny na naszą korzyść działa rzadziej spotykana w tym rejonie białość.
– Sorry, no beer. We buy. How much you want? – pyta obsługa, po to aby po chwili zjawić się przy naszym stoliku z 6 puszkami zimnego Bia 333 dostarczonymi nie wiadomo skąd.
W pełni usatysfakcjonowani dajemy jeszcze zarobić obwoźnemu sprzedawcy Banh Bao – czegoś trochę na wzór naszych klusek na parze, zrobionych z lekko słodkiego ciasta wypełnionego mięsnym wkładem z dodatkiem jakiś małych gotowanych jajek (jaskółcze, przepiórcze ?). Ciekawe, warte spróbowania, nie wszystkim jednak pasuje to zestawienie smaków.
Obolałe tyłki dostają całą noc na regenerację, po czym ruszamy w dalsza trasę, napełniając się wcześniej, przygotowaną jakby dla obalenia naszej teorii o żywieniowej specjalizacji, średniej jakości Banh Mi oraz wysokiej jakości słodkimi wypiekami z pobliskiej piekarni.
Dalsza część trasy to kolejna widokowa uczta. Przemieszczając się w stronę My Tho, wybieramy małe, wiejskie drogi, niejednokrotnie nadkładając sporo dystansu. Opłaca się. Z każdym kolejnym kilometrem okolica nie przestaje nas zaskakiwać – tutaj maleńka, przydomowa fabryka papieru ryżowego, suszącego się na słońcu, kawałek dalej słomiana chatka tonąca w różu pochodzącym z wotywnych kadzidełek. Dalej, przy jednym z mostów wielka przeładownia łupin kokosowych, obok trzy kobiety grabią i suszą na słońcu włókno kokosowe. Jeszcze dalej oglądamy załadunek jędrnych, kwiczących prosiaków na jedną z łodzi transportujących towary wzdłuż kanałów. Kolejna wioska ceglarzy wyrasta przy drodze. Wokół dżungla, palmy, pola ryżowe. Zupełna sielanka. Liczba spotkanych turystów od opuszczenia My Tho – zero. Szkoda, że ciągle odczuwamy trochę presję czasu. Gdyby nie konieczność powrotu do Sajgonu, z którego wkrótce musimy wracać do domu, zapuścilibyśmy się pewnie znacznie głębiej. Przemieszczanie się po lokalnych drogach sprawia nam niesamowitą frajdę, a widoki na pewno na długo utrwalą się w pamięci. W końcu docieramy do Ben Tre – miasta odległego jakies 15 km od My Tho. Scenariusz wizyty podobny – parę pętli po miasteczku, w którym nie ma zupełnie nic ciekawego i ruszamy dalej. Po drodze mijamy pierwszych od dwóch dni białych. To chyba oznacza, że ta rewelacyjna wycieczka dobiega końca. Do My Tho dojeżdża się przez wielki most, z którego podziwiamy po raz ostatni panoramę okolicy. W dole, na bardzo szerokiej w tym miejscu rzece pływająca wioska, po lewej miasto, wyrastające z palmowej gęstwiny, na prawo dżungla, nad którą w oddali widać załamanie pogody. Nie chce się stąd wyjeżdzać. Na pocieszenie wizyta w knajpce, którą już raz, dwa dni temu odwiedziliśmy. Tym razem sam „szef kuchni” proponuje nam mięso z cielaka kręcącego się obok na ruszcie, pocięte, obłożone górą cebulki, do samodzielnego zawijania w rolki z kolejnym zestawem ziół. Żeńska częśc ekipy tradycyjnie zamawia krewetki, kalmary, owoce. Pycha…
Nic co piękne nie trwa wiecznie. W mieście oddajemy skutery, wciągamy ostatnie Banh Xeo w tej okolicy i próbujemy się jakoś wydostać. Mamy dwie możliwości – albo powrót turystycznym busem, który odjeżdża za moment, za 120tys. od głowy, albo wycieczka busem lokalnym za 35tys. z dworca autobusowego w My Tho. Zanim wchłonęliśmy ostatnie kęsy Bahn Xeo, liczba opcji spadła do jednej. Może to i nawet lepiej – dłużej będziemy w stanie unikać białych szlaków, a z miejscowych środków komunikacji publicznej jeszcze nie korzystaliśmy. Taksówka, zakup biletów i wsiadamy. Autobus nie jest szczytem osiągnięc naszej cywilizacji. Brak klimatyzacji, trochę się sypie, niewiele brakuje aby „będąc pasażerem, wyrywalibyśmy gąbkę z siedzeń”. Do Sajgonu dostajemy sie jednak wyjątkowo szybko i sprawnie. Wydaje się, że nawet szybciej niż busikiem turystycznym. Na dworcu w Sajgonie (dzięki radzie Pana „załatwięwamwszystko”) łapiemy linię nr 2 do centrum za 5tys. od głowy (0,75zł). Przesiadka sprawna prawie jak w paryskim metrze, sam autobus już znacznie lepszy. Po 15 minutach docieramy na miejsce. Po drodze w oczy rzuca nam się ulica, oddalona o parę minut spacerem od dzielnicy turystycznej. Ulica pełna knajpek, wyglądajacych trochę przyjaźniej, niż westernowe przybytki na Bui Vien. Knajpek pełnych przede wszystkim lokalnych. Szeregi akwariów wypełnionych żywym seafoodem przesądzają o tym co będziemy robić dzisiejszego wieczoru…

ładowanie mapy - proszę czekać...

Tra Vinh 9.963440, 106.347656