Dżogdża

Yogyakarta, zwana też pieszczotliwie Dżogżą to wg przewodników stolica kulturalna Indonezji i jedyne miejsce, w okolicy, w którym, przynajmniej teoretycznie powinno nam się udać zachować zasadę „DwaZabytkiJednoPiwo”. Po dotarciu do hotelu uruchomilśmy standardowa procedurę – zrzucenie bagaży, prysznic i to co tygryski lubią najbardziej – plądrowanie okolic z jedzenia. Tym razem tygryski dość długo błąkały sie zagubione. Okolica, w której wylądowaliśmy (Malioboro) tętniła życiem, zdominowana jednak była przez jego jedną formę – sprzedawcy Batików. Batik to sklep, właściwie ze wszystkim co w wiąże się w jakiś sposób z ubraniami czy akcesoriami do ubioru. Kolejne punkty wyładowane stertami ciuchów o mocno kontrowersyjnej estetyce zajmują powierzchnie, które z powodzeniem mogłyby zajmować knajpy z jedzeniem. Niestety – Batik + Ramadan + wybory Prezydenckie + mocno wątpliwie warunki estyczne w kilku punktach które udało nam się dostrzec zmusiły nas do skierowania się do sporej knajpy w centralnym punkcie, raczej mocno westernowej, jednak w miarę czystej i powiedzmy – przyzwoitej. Zamawiamy przekrój przez lokalne specjały – jest dobrze, niczego jednak nie urywa. Cenowo to raczej górna półka, przez co obiad z piwami na czwórkę zamyka się w okolicach 500tys. rupii (ok. 120zł). Jeżeli chodzi o kulturę (pomijając używane setki razy kulturalne „no, thank you” skierowane do kolejnych batikowych czy rikszowych nagabywaczy) dostajemy jeszcze ofertę odwiedzenia jakiejś galerii malarskiej (many paintings sir, you can take photos sir, beautiful  prawdopodobnie próba naciągniecia na kolejne zakupy) i możliwośc zwiedzenia wielkiej galerii handlowej (oczywiscie pełnej Batików). Jak na jeden wieczór to całkiem sporo kultury, dlatego zwiedzenie pałacu Sułtana i okolic zostawiamy sobie na następny dzień.  Niestety do samego pałacu nie udało nam sie zdążyć na czas – potrzeba odespania wziełą górę. Zaliczyliśmy jednak niezły spacer po „podzamczu” (nie mam pojęcia jak nazywa się bezpośrednie otoczenie pałacu sułtana:) i wizytę w Water Palace – prywatne kąpielisko sułtanów, ich żon i dzieci. Okolice pałacu to zupełnie inny charakter – cisza i spokój, absolutny brak batików i leniący się gdzie niegdzie pod drzewami rdzenni mieszkańcy grodu. Przygodny „gatekeeper”, mieszkający za murami od urodzenia (pokazuje nam swoje ID jako dowód), opowiadając nam chwilę o sułtanie, jego żonach, życiu wewnątrz, od słowa do słowa płynnie przechodzi na tematy związane z pamiątkami i niby przypadkiem prowadzi nas do punktu gdzie możemy pooglądać rzemieślników wytwarzających laleczki do teatru cieni. Na miejscu nie dajemy się oczywiście zbytnio wciągnąć w rozmowę – wiadomo jak te się kończą – „buy one sir, very cheap”. Cała sytuacja na szczęscie jest w miarę sympatyczna a nikt nie jest przesadnie nachalny. W tym samym miejscu trafiamy na pierwszą Cywetę w naszym życiu :) W małej klatce, zwinięta w mały kłębek leży Luwak (cyweta, coś podobnego do łasicy), której misją życiową jest selekcja najlepszych ziaren kawy i ich gastrologiczna przeróbka na surowiec do najdroższej kawy świata. Jej właściciel, obracając w rękach sporej wielkości bobek składający się głównie z kawy zachęca nas do spróbowania specjału – 125tys. rupii (ok. 30zł). Widoczna obecność składnika wiążącego w chwili obecnej trochę nas jednak zniechęca. Następnym razem :) Mając na uwadze gastronomiczne problemy z dnia poprzedniego, kierujemy się w stronę ulicy Prawirotaman, gdzie wg przewodników powinno być znacznie łatwiej znaleść jakiś punkt żywieniowy. Dzielnica pełna jest raczej westerowych knajp, w których łatwiej zamówić pizze, lasagne czy burrito niż Gudek albo Nasi Goreng. Na szczęście udaje się nam wyłowić knajpkę dla lokalnych, z której po wydaniu ok 200tys. rupii (50zł) wychodzimy pełni i zadowoleni :) Jutro samochód i dwa kolejne zabytki. Parę słów należy się jeszcze wspomnianym wcześniej warukom sanitarnym. Ogólnie lokalni do czysciochów nie należą. Niektóre stragany (zwane tutaj Warungami) wręcz odstraszają swoim wyglądem. Czasem zastanawiamy się czy to nie jakis lokalny styl „food vintage”, w którym motywem przewodnim jest wózek oklejony miesięcznym tłuszczem. Je się tutaj sztućcami – łyżka + widelec, które nie zawsze wygladają na wymyte. Taktyka zabierania wszędzie swoich pałeczek nie bardzo się tu sprawdza, a z własnymi sztućcami wyglądalibyśmy mimo wszystko co najmniej śmiesznie :) Mniejsze obawy budzą miejsca, gdzie jedzenie bieże się na wynos – w papierze czy w gazecie. Po raz kolejny sprawdza się jednak zasada dotycząca wyglądu lokalu – im bardziej westernowo tym lokalne jedzenie słabsze i droższe. Często stajemy jednak przed trudnym wyborem – smacznie, tanio z bakteriami lub drogo, słabo i pewnie też z bakteriami, ale przynajmniej gacie nie przyklejają się do krzesełka.

 

ładowanie mapy - proszę czekać...

Yogyakarta -7.797068, 110.370527