Unexpected Batur
Na śniadanie dnia następnego już nie musimy biec – dzięki sporym parasolom. Wg słów zasymilowanego na Bali Polaka, którego spotkaliśmy w przyhotelowej knajpce, taka pogoda w trakcie suchej pory roku trafia się pierwszy raz od 3-4 lat, a same opady są bardziej obfite niż te przytrafiające się w trakcie pory deszczowej (szcześciarze).
Wypad na rajskie plaże raczej nie wchodzi w rachubę, obieramy więc azymut na (przynamniej teoretycznie) mniej popularne wśród turystów obszary, licząc na zwiedzenie Bali od mniej komercyjnej strony. W planie na początek wybieramy ponownie Balijską wioskę, plan jednak upada po głębszej analizie warunków pogodowych. Wybieramy zatem i tym razem bardziej odległe punty widokowe przy tarasach ryżowych oraz pobliską świątynię a na koniec wulkan Gunung Batur.
Ruszamy w stronę tarasów ryżowych. Krętą, górską drogą pniemy się coraz wyżej. Droga robi się coraz węższa i coraz trudniej wymija się nadjeżdżające samochody. Po chwili przed nami ukazują się rewelacyjne widoki – pola ryżowe rozłożone na stromych zboczach gór, wokół dżungla i nawet deszcz przestaje na chwilę padać (słońce niestety pozostało niezainteresowane poprawianiem naszych doznań). Próba dotarcia do światyni, dzięki umiejętnościom nawigacyjnym naszego głownego nawigatora (El Navigatore) zakończyła się fiaskiem: utykamy gdzieś pośrodku pól. Po kilku próbach pomysł zwiedzenia świątyni umiera smiercią naturalną w dość sporych męczarniach.
Jest jeszcze w miarę wcześnie a od wulkanu dzieli nas spora odległość, więc ruszamy dalej. Okazuje się, że dopiero tam zaczynamy wspinać się na naprawdę sporą wysokość. Przemierzając kolejne urokliwe wioski trafiamy w końcu na krętą drogę prowadzącą przez las o zupełnie innym charakterze niż dżungla, którą do tej pory widzieliśmy. Do tego zaczynamy przebijać się przez warstwę chmur, dzięku czemu widok w promieniu 20m robi się bardzo klimatyczny, natomiast powyżej tej odległości nie istnieje zupełnie.
Dojeżdżamy do małej wioski na szczycie góry. Przedsiębiorczy bezzębny Indonezyjczyk pobiera od nas myto (5tyś. rupii) i ruszamy w dół w stronę jeziora. Okazuje się, że jezioro, okoliczne wioski i olbrzymi wulkan (Batur) leżą tak na prawdę w wielkim kraterze powstałym w trakcie pierwszej erupcji jeszcze większego wulkanu. U jego stóp leżą wioski, których mieszkańcy żyją z tego co uda im się wychodować na zboczach (szalotkę, pomidorki, papryczki chili) lub z nich pozyskać. Wzdłuż drogi mijamy czarne kopce przesianej rozdrobnionej skały wulkanicznej, wokół których kręcą się mieszkańcy. Jedni przesiewają, inni wrzucają łopatami rozdrobnioną i przesianą skałę na ciężarówki. Prawdopodobnie jest to ich główne źródło dochodu, gdyż skała wuklaniczna w rolnictwie używana jest jako nawóz.
Analiza map wykazała, że wulkan można objechać, co miało się okazać niezłym wyzwaniem dla naszej Toyoty. Droga miejscami wyglądała jak przypadkowo rozlany po pagórkach asfalt, a miejscami tak jakby ktoś ten asfalt zabrał. Po przeciwnej stronie, naszym oczom ukazuje się niesamowity widok – całe zbocze pokrywa zastygła czarna magma tworząc tzw. Lava Forests. Na przestrzeni ostatnich lat kolejne erupcje pokrywały zbocza nowymi połaciami, dzięki czemu obszar czarnych jak węgiel skał był naprawdę olbrzymi. W połączeniu z dymiącym gdzieś u góry małym ujściem pary całość budzi olbrzymi respekt, ale zastanawia również wygląda życie w sąsiedztwie wciąż aktywnego giganta, który eksploduje średnio co kilkanaście lat a ostatnią większą aktywność odnotowano ok. 20 lat temu. Czy to wielkie ryzyko jest wkalkulowane w życie w takim miejscu i rekompensowane przez dochody generowane przez efekty jego poprzedniej aktywności? Patrząc na poziom życia w wioskach te dochody chyba nie należą do najwyższych…
Przed nami ostatnie strome podejscie na zewnętrzny krater. Toyota ledwo daje radę, większość trasy pokonujemy na jedynce. Do tego droga jest wyjątkowo stroma i kręta. Na szczęscie nie musimy się na niej mijać z niczym większym niż skutery. Po drodze łapiemy jeszcze kilka imponujących widoków na wulkan od strony, gdzie świetnie niemal w całości widać wielkie połacie lawy i kierujemy się powoli na dół, ponownie w deszczu i we mgle.
W drodze do Kangkung trafiamy jeszcze na przypadkowy Warung Yambul Corner z widokiem na okolice, gdzie w śmiesznej cenie zjadamy rewelacyjne: Siomay (pierożki z sosem orzechowym i warzywami), Batagor (Siomay same same but different), Lele (grillowany Sum) i rewelacyjne Pisang Goreng (pieczone banany). Całość, na czwórkę z piwami, napojami i napiwkiem zmieściła się w okolicach 150K rupii (40zł a same piwa to połowa kwoty).
Wieczór, chwilowo bezdeszczowy, kończymy zahaczając o port w Padang Bai, skąd następnego dnia ruszymy publicznym promem w stronę portu Lembar na sąsiedniej wyspie Lombok. Cena 40K za osobę, czas 4-5h. Pora jeszcze na ostatniego w tej okolicy ulicznego Martabaka, zimny wieczorny prysznic pod gołym niebem i krótki sen do 5:30 rano.