Uluwatu

Do Bimy docieramy szybciej niż się zapowiadało. Prysznic i krótka kimka w hotelu powodują że do Denpasar na Bali docieramy w miarę pachnący i wypoczęci. Paradoksalnie gdybyśmy wiedzieli że tak dobrze nam pójdzie od razu pakowalibyśmy się na północ lub półnony zachód Bali. Spodziewając się jednak najgorszego, tj. totalnej agonii ciała i duszy po szalonym rajdzie z Flores zabookowaliśmy hotel w Denpasar.
Przy wyjściu z lotniska czeka już na nas uśmiechnięty Pan z wypożyczalni samochodów (Auto Bali), pragnący niezwłocznie przekazać kluczyki do wypożyczanej przez nas Toyoty Avanza. Poznajemy go po kartce jaką trzyma w rękach (chcieliśmy aby pojawił się na lotnisku z napisem „Lektyka dla Polaków” ale pomysł nie uzyskał większości głosów dlatego pozostało tylko typowe imię i nazwisko). Za jedyne 200K IDR na dzień wypożyczyliśmy Toyotę Avanza z ubezpieczeniem. W Candidasie płaciliśmy również 200K IDR bez ubezpieczenia. Dla porównania: taksówka z lotniska do Candidasy kosztowała nas 400K IDR. Dodatkowe udogodnienie w postaci odbioru i zwrotu samochodu na lotnisku, więc lepiej się nie dało.
No to jedziemy. Mamy słoneczną pogodę, samochód z klimką, jesteśmy w miarę świeży – jest cudownie. Czyżby tym razem Bali miało się okazać dla nas bardziej łaskawe? Po szybkim check-in w hotelu i obowiązkowym zaliczeniu posiłku w Masakan Padang Jaya, ruszamy na zwiedzanie okolicy – kierujemy się w stronę Uluwatu, które słynie malowniczej świątyni na klifach oraz ze spotu surfingowego (dla doświadczonych) u stóp tychże klifów. Z Denpasar jedziemy ok 30 min. Przy wejściu dostajemy obowiązkowe sarongi do przepasania i ostrzeżenie aby schować wszystkie drobiazgi do toreb. W okolicy świątyni mieszkają dziesiątki jak nie setki małp złodziejek. Okulary, portfele, kapelusze, komórki pozostawione luzem mogą łatwo zmienić właściela. Małpy są wszędzie: na schodach, murkach, drzewach. Wyglądają na znudzone.
Idąc wzdłuż klifów spoglądamy na malowniczą panoramę. Wysokie fale z łoskotem drążą podstawę klifu. Po 30 min chłonięcia widoków nagle jesteśmy świadkami jakiegoś dzikiego pędu małp. Małpy z całej okolicy podążają w tym samym kierunku. Po chwili wszysko staje się jasne – pora karmienia (a dla nas to pora na zrobienie fotek). Małpy dobrze czują się przed obiektywami. Kokietując fotografów obniżają ich czujność. Po chwili widzimy już małpy biegające ze skradzionymi okularami.
Dobra koniec tych małp. Skwar okrutny więc idziemy na chillout na plaży Uluwatu, popodglądać surferów w akcji. Dojście do plaży odbywa się stromymi schodami wzdłuż skalistej ściany. Po zejściu na sam dół wyrasta przed nami surferska wioska hotelików, knajpek, wypożyczalni surfingowych etc. Tam i spowrotem podążają surferzy z sesji i na sesję. Całość jest osadzona na klifie. Wygląda to trochę jak surferskie Machu Picchu, niemniej jednak nie czuć takiego luzu jaki jest w Kuta na Lombok. Tak czy owak, widok z tarasów na surferów u podnóża klifu robi wrażenie a sesja przy zachodzie słońca wygląda obłednie. Bintang na odchodne + ekspresowe zaliczenie nocnego marketu w drodze do hotelu (grillowana kukurydza z ostrym sosem, pieczone banany) i spać.
Plan na jutro: pobudka wcześnie rano i jazda na północ. Wahamy się jeszcze pomiędzy Balian Beach (super miejsce do surfingu) a Permuteran (super miejsce do snorkelingu). Ostatecznie wybieramy Permuteran z myślą zaliczenia Balian w drodze powrotnej do Denpasar. A teraz spać spać spać. Transit z Flores dał nam jednak nieco popalić…