Trance Dance
W przewodnikach miasteczko Pemuteran (na północnym wybrzeżu Bali) opisywane jest jako spory ośrodek turystyczny, pełen hoteli i restauracji, odsunięty nieco od największego skupiska turystycznego. Jest to jednocześnie punkt wypadowy na jeden z najlepszych miejsc do snorklowania – rafę wokół wyspy Menjangen. Zaplanowaliśmy przejazd z Denpasar przez góry trasą widokową a po dotarciu na drugą stronę wyspy i złapanie bazy wypadowej na kilka ostatnich dni, w której będziemy skupiać się na tym czego brakowało nam do tej pory najbardziej – chilloucie.
Droga przez góry okazała się kręta, wąska i rzeczywiście malownicza: przejazd przełęczą z widokiem na jeziora i rozległe tarasy ryżowe a do tego rewelacyjna pogoda (na Bali? niemożliwe..). Przejeżdżamy przez wioski gdzie wzdłuż ulic, na wielkich płachtach suszą się goździki. Zapach który dociera przez uchylone okna jest niesamowity. Krótka sesja zdjęciowa pogawędki z lokalnymi i lecimy dalej.
Mieliśmy nadzieję że złapiemy nocleg w jakiejś mniejszej wiosce w okolicach Pemuteran – gdzieś po drodze unikając największych tłumów. Niestety, to co na mapie wyglądało na mniejsze miasteczka to tak naprawdę parę chałup i pola. Próba zjazdu w jedną z bocznych uliczek kończy się przeprawą a’la Camel Trophy, w trakcie której co chwilę ktoś wyskakuje z samochodu aby pokierować kierowcę przez wyrwy w resztkach asfaltu. Objeżdżamy małą nadmorską oczyszczalnię ścieków… w sumie chyba dobrze, że nie znaleźliśmy tutaj hotelu. Ostatecznie koło południa docieramy do Pemuteran. Nie, nie jest to malownicze balijskie miasteczko położone nad morzem. To po prostu masa resortów i homestay’ów ciągnących się wzdłuż głównej, nieco ruchliwej drogi, bez żadnego zalążka centrum czy jakiegokolwiek głównego punktu. Nie urzeka, ale liczne okoliczne warungi dają nadzieję na spory wybór dobrego jedzonka a i białasów na ulicy nie widać jakoś zbyt wiele.
W celu znalezienia miejsca do spania wysyłamy w dwie strony sondy przeszukujące, które po blisko godzinie snucia się w słońcu i upale wracają z niewesołą wiadomością – wszystko pełne, jest jeden ośrodek za 120 usd za noc – daleko poza naszym budżetem. Drugie podejście kończy się podobnie. Pora na booking.com – coś jest, ale kiedy przychodzimy na miejsce obsługa nic nie wie o ani o wolnych pokojach ani o booking.com… Ostatecznie trafiamy na dziwny hotel – dziwny bo całkiem pusty ale z przyzwoitą ceną i nowym „4 months, sir” basenem – bierzemy. Szybki prysznic, skok do basenu i atak na okoliczne warungi, gdzie udaje nam się zjeść pyszną grillowaną rybę w sosie chili.. Dzień zbliża się ku końcowi więc postanawiamy spędzić miło wieczór w basenie z baterią schłodzonych Bintangów. Od strony dżungli, gdzieś z oddali dobiegają nas dzwięki muzyki – jakieś bębenki, cymbałki, dzwonki.. brzmią na tyle intrygująco, że zaczynamy wyptywać obsługę hotelową o szczegóły. To mała impreza w domu prywatnym, połączona z „Trance Dance”. Boy hotelowy pyta czy chcielibyśmy to zobaczyć i oferuje nam doprowadzenie na miejsce. “I’ll be your escort”. Dwa razy nie trzeba gadać: już wskakujemy na skuterki. Jedziemy wąską, boczną, prawie polną drogą. Zero światła, po prawej i lewej dżungla. Muzyka robi się coraz głośniejsza. Klimatycznie…
Przed nami pojawia się ciekawy widok – niewielka chałupka z blaszaną wiatą pod którą siedzi 20, może 30 osób i kilkuosobowy zespół grający rytmiczny utwór, mający na celu wprowadzenie w trans tańczących na środku kobiet, wymachujących małymi sztyletami (Kriss). Co jakiś czas muzyka zmienia tempo a kobiety kierują sztylety w stronę serca lub brzucha chcąc jakby wywiercić sobie dziurę w tymże miejscu. Kiedy tancerka mdleje jej miejsce zajmuje inna. I tak w kółko. Bezpieczeństwa pilnuje kilku mężczyżn, którzy łapią osuwające się kobiety i uważają aby w trakcie tańca (cały czas z zamkniętymi oczami) przy pomocy sztyletów nie zasiały spustoszenia wśród zgromadzonej rodziny. Niestety, trafiliśmy na sam koniec imprezy. Z pomocą znowu przychodzi nasza eskorta – w pobliskiej chacie ma miejsce podobna impreza, która powinna się za chwilę rozpocząć. Hop na skuterki. Krótka przejażdżka w jeszcze bardziej boczną uliczkę, w której się zatrzymujemy.
„Leave your bikes here, we will go there on foot” – mówi nasz przewodnik wskazując małą ścieżkę wśród palm, znikającą w ciemnej, czarnej dziurze mroku.
„Is it safe to go there?” pytamy pełni wątpliwości. „Yeah, yeah. Come on”.
Nie odpuścimy takiej okazji. Na szczęscie po kilku minutach spaceru docieramy do kolejnej chatki. Wokół niej jest znacznie więcej ludzi – może ok. 50-60, zajętych raczej jedzeniem i rozmową niż wprowadzaniem się w trans. „They are eating, it will start soon”.
Czekamy więc sobie cierpliwie z boku, wielokrotnie upewniając się czy nasza obecność nie będzie nietaktowna. W międzyczasie podchodzi do nas jeden z „pilnujących” kobiet i wciąga nas w rozmowę. Pomimo tego, że włada angielskim na całkiem przyzwoitym poziomie (jak na tamtejsze standardy) nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć całego obrządku, jego celu i tego co dokładnie tam się dzieje. Ma to prawdopodobnie związek z łączeniem się z duchami zmarłych, w tym przypadku zmarłego nienarodzonego dziecka. Dlaczego kobiety wymachują sztyletami i wiercą dziury w brzuchach? „God’s will. Hard to explain”. Ponownie upewniamy się czy nikt nie ma nic przeciwko temu, że tu jesteśmy – „It’s ok. You can come in, take photos. Come on, come on” – właśnie rozpoczyna się obrządek. Stoimy, pod wiatą, pośrodku grupki gapiów będących rodziną organizatorów imprezy. Niektórzy z nich wyglądają na przyjezdnych z innych części Indonezji, bo całość wywiera na nich podobne wrażenie jak na nas. Zaraz obok nas grupa młodych chłopaków, na instrumentach których nie potrafimy nazwać (coś w stylu bębnów, gongu, cymbałów i talerzy) zaczyna grać transowy utwór, jednocześnie doskonale się przy tym bawiąc. Na środku, przed nami zaczyna się taniec – jednocześnie 2-3 kobiety, czasem młode dziewczyny, niektóre wyglądające na 12-13 lat dają się ponieść dźwiękom. Kilku mężczyzn w białych nakryciach głowy stara się oddzielać je od siebie aby nawzajem nie zrobiły sobie krzywdy. W odpowiednich momentach łapią omdlewające tancerki, odbierając im sztylety i przekazując je następnym. Jeden z pilnujących porządku po chwili zmienia swoją funkcję – musi zacząć podtrzymywać mały, prowizoryczny słupek podpierający równie prowizoryczną wiatę. Niewiele brakowało aby cała wiata przewóciła sie na zgromadzonych pod nią ludzi (w tym nas).
Całość trwa może ok 30-40 minut, tancerki na środku co środku co jakiś czas się wymieniają. Niezmordowana pozostaje jedna kobieta, która tańczy prawie od samego początku. Krępa, na oko pięćdziesięcioletnia. Na środek trafia również jeden z mężczyzn – poważniejsza sprawa – dwoma sztyletami usiłuje wywiercić sobie dziury w dwóch bokach. Po kilku-kilkunastu minutach, słaniając się na nogach kontynuuje obrządek na klęczkach. Chłoniemy całość zafascynowani tym co widzimy, zaskoczeni że mamy okazję zobaczyć coś tak autentycznego, coś za co nikt nie pobiera od nas opłat za wstęp, za bilet parkingowy, nikt nie próbuje nam sprzedać pamiątek i rękodzieł a na koniec nie oferuje taksówki. Niesamowita atmosfera. Nie rozumiemy wszystkiego, nie do końca jesteśmy w stanie rozszyfrować charakteru tego zdarzenia. Zebrani traktują to na pewno trochę jako dobrą zabawę. Z drugiej strony, obserwując tańczące kobiety, widząc je zlane potem, słaniające się na nogach i mdlejące, a potem cucone zimną wodą rozumiemy, że nie chodzi tu tylko o rozrywkę. Pod koniec, kiedy żadna z tańczących nie ma już siły, rozpoczyna się zwykła impreza, zespół zaczyna grać inna muzykę, a zebrani zaczynają zajmować się już bardziej tradcyjną dla nas formą rozrywki – tańce, jedzenie, interakcja. Dla nas to koniec. Ogłuszeni muzyką ale oczarowani, zbieramy się do hotelu. W uszach dzwoni jeszcze przez jakiś czas.. Pora na drugie podejście do basenowego chillotu z nieco ciepłymi już Bintangami. Nie szkodzi. Warto było..
Na jutro ambitny plan – plaża a pojutrze maski w dłoń i ruszamy na snorkeling.
P.S. Wkrótce filmy
ładowanie mapy - proszę czekać...