Fury road z Luang Prabang do Vang Vieng

Z Luang Prabang wyruszamy do Vang Vieng  bacpackerskiej mekki Laosu. Choć droga do VV ma jedynie 180km to ze względu na stan drogi, prowadzącej przez góry, upstrzonej mnóstwem serpentyn całość podróży trwa aż 6-7h. Chcąc jakoś spokojnie ten przejazd przeżyć szukaliśmy oferty z VIP Busem(duży i wygodny autobus). Podroż ciasnym minivanem 7h nie wchodziła w rachubę. Jak się okazało bilety na VIP szybko się rozchodzą, w jednej agencji już nie było ale w kolejnej po wykonaniu kilku telefonów przez obsługę udało nam się zarezerwować w końcu miejsca za135tys kip za osobę. Odchodząc upewniamy się, że to na pewno duży autobus a nie miniwan. Pani uspokaja nas potwierdzając że to autokar i prosi by być punktualnie 8:30 przed hotelem skąd zabierze nas tuk tuk, bo autobus odjeżdża punktualnie o 9:00. Resztę dnia mogliśmy już ze spokojem wykorzystać na szlajanie się po zakamarkach Luang Prabang. Zaopatrzywszy się jeszcze wieczorem w Bahn Mi(bagietka z pikantny „łojem”) na śniadanie i kilka dodatkowych kanapek na lunch udaliśmy się do hotelu. Rano 8:30 wypatrujemy tuk tuka. 8:40 dalej wypatrujemy tuk tuka. 8:45 zaczynamy się już zastanawiać czy nie podaliśmy złej nazwy hotelu. 8:50 nadal nie ma tuk tuka ostatni dzwonek na reakcję. Dzwonimy do agentki od biletów. Ta ze stoickim spokojem stwierdza że jest ok i kierowca już jest w okolicy zbierając inne osoby z hoteli, a całość procesu się wydłuża bo w nocy był deszcz i są złe drogi. 9:10 jest tuk tuk(autobus miał wyjechać 9:00 przyp. redakcja). Nie wiemy co robił kierowca przez te ostatnie 40 min ale na pewno nie zbierał żadnych innych ludzi bo byliśmy jedynymi, dopiero potem doszły kolejne osoby. Kierowca tuk tuka zapewnia nas że pomimo spóźnienia wszystko gra i autobus czeka. Na dworcu okazuje się, że nie ma żadnego autobusu a jedynie miniwan z naklejką VIP na bagażniku;). Na nic się zdało tłumaczenie, że miał być  VIP BUS a nie VIP minivan. Agentka albo nas przekręciła chwytem z udawanyn telefonem w sprawie VIP busa albo ten już odjechał a w ramach rekompensaty wrzucono nas do pierwszego wolnego vana. No nic jak nam zagrali tak zatańczymy. Nie spodziewaliśmy się jeszcze wtedy, że to będzie heavy metalowe pogo. Już przymiarka w siedzeniach sprawiała ból, kolana wbite w siedzenie sąsiadów nie wróżyły nic dobrego ale to co działo się później przypominało bardziej rejs łodzią w czasie sztormu niż jazdę drogą. Droga jak już wcześniej pisaliśmy prowadzi przez góry. Droga to w tym przypadku mocne nadużycie, raczej kręty, super dziurawy, miejscami zalany głebokim błotem i okalany z jednej strony skałami a z drugiej przepaściami trakt. Do tego kierowca aka Mad Max i mamy już gotowy zwiastun z Fury Road. Gość niepozorny za kółkiem zmienił się w bestię driftów, któremu żadna przepaść dziura czy błoto nie podskoczy. Podskakiwaliśmy za to my…pod sufit z boku na bok z tyłu do przodu i na odwrót w rytm dziurawych zakrętów. Przekładając na dźwięki brzmiało to mniej więcej 7h tak: ciul, jeb, ałaa, o jezu, moja głowa, będę rzygać, pojebało gościa w językach od polskiego, poprzez angielski i na koreańskim kończąc. Nikt już nie chce jeść zakupionych wczoraj kanapek. W końcu van szaleńczą jazdę naszego kierowcy przypłaca spaleniem klocków hamulcowych i zatrzymujemu się na pobocz pośrodku niczego. Mad Max odkręcił koło, niby ma zapasowe używane klocki ale nie ma narzędzi żeby je wymienić. Tą informację oczywiście wyciągnęliśmy pośrednio z zachowania naszego drivera, bo sam zbyt rozmowny nie był. Proces naprawy dzielił między oddawanie moczu na pobocze, uderzenie dzyn dzyn kluczykiem w klocki żeby znowu zalamentować, że klucz nie pasuje i mycie rąk po ciężkiej robocie. Cały rytuał co 10 min startował od początku. Po czwartej iteracji kolejny klucz pożyczony od napotkanego tubylca zadziałał na tyle że Max zdecydował się zakręcić koło. W głowie mieliśmy jedno pytanie. Dlaczego to zakręcasz skoro nie było wymiany klocków!!!?? Do teraz nie wiemy co właściwie przykręcił\odkręcił klucz ale zmiana sposobu jazdy po „naprawie” wyraźnie wskazywała na dalszy problem z hamulcem. Tu hamujemy silnikiem, tam dociągamy ręcznym. Ogólnie Max nieco odpuścił na prędkości ale psychicznego komfortu jazdy nadal brakowało a momentami było gorzej niż poprzednio. W końcu doturlaliśmy się do najbliższego warsztatu z przerwą na lunch gdzie doprowadzono wszystko do porządku(przynajmniej dla kierowcy)czyli do ciul, jeb, ałaa, o jezu, moja głowa, będę rzygać… Po dotarciu do Vang Vieng z duszą na ramieniu, wstrząsem mózgu i poobijanymii nerkami dziękujemy że to już koniec. Jeszcze tylko tuk tuk i do hotelu umiejscowionego right in the action jak głosił jeden z komentarzy gości.