Azja po raz trzeci

Marzec.

Podejmujemy decyzję o kolejnej podróży. Ten sam skład, ten sam kierunek. Ustalenie terminu, zakup biletów, czekanie.. nic nie przychodzi łatwo. Wiadomo: aby osiągnąć cel trzeba wpierw coś poświęcić ale tak na prawdę wystarczy jedna myśl… jedna myśl a działa jak perpetum mobile. Dzieląc tę samą pasję nakręcamy się nawzajem..
Teraz, siedząc w autobusie na drugim końcu świata myślimy o tym jak bardzo świat się skurczył. W jednym momencie słuchamy adhanu w Ad-Dauha a kilkanaście godzin później robimy uniki przed trąbiącymi skuterami w Hanoi.

Ale od początku.

22 lipca – wylot z warszawskiego Okęcia. Przewoźnik – Qatar Airways, co powinno zapewnić przyzwoite warunki w przeciwienstwie zeszłorocznego Aerosvitu, który dał ciała na całej linii (ukrainskich linii lotniczych zdecydowanie nie polecamy).
Na lotnisko docieramy ze sporym zapasem, bo 3h przed wylotem czyli tak jak żąda tego operator linii. Humory pomimo prawie nieprzespanej nocy dopisują, co chyba wyraźnie nie odpowiada pracownikom na lotniskowych bramkach. Nudny dzien w pracy? Słabe wyniki? Trzeba wyrobić normę? Nadgorliwy kapo dokonuje u nas szczegółowego przeszukania (na szczęście bez kontroli osobistej), wydając polecenie za poleceniem:
– Kieszenie puste ?
– Tak, tak… aaa nie, mam jeszce gumy.
– Guumyy??! mowiłem przecież że opróżnić! A okulary? Prosze się pochylić!! Podnieść but!! Rozpiąć guzik w spodniach!!

(sytuacja nerwowa, robi się gorąco..)

– A to co? Komputer??? Proszę otworzyć i uruchomić.

W między czasie pokrzykiwanie do kolejnego „pacjenta”:
– Do tyłu!! Metr przed bramką. Mówię chyba wyraźnie, nie???

W końcu kolej na następnego z nas:
– Masz coś  w kieszeniach?
– Nie.
– Sprawdź!
Jednak w lewej kieszeni był papierek po gumie Fritt. Kapo wyrywa go niemal z ręką. Triumfującym i poirytowanym głosem (wyczulony słuchacz mógł jednak odczytać to za skrywaną radość):
– Przecież pytałem wyraźnie czy coś jest  w kieszeniach!!  Będzie przeszukanie!! Jeszcze raz wszystkie kieszenie. I TYLNE TEŻ!

I tak przez parę minut, pełna dezorientacja. Podobna sytuacja nie przytrafiła nam się jeszcze na żadnym lotnisku, a trochę latamy.
Nie tak łatwo jednak nam zepsuć humory Panie Władzo! Czas do odlotu mija bardzo szybko, stresik trochę jest.  Boarding: samolot to Airbus 320, czysty, niewysłużony – zupełne przeciwieństwo ukraińskiego sprzętu. W trakcie lotu pogoda jak z obrazka: błękitne niebo, białe cumulusy. Po 5 godzinach delikatne lądowanie w Dauha – stolicy Kataru. Z góry widać tylko trzy kolory: szaro-żółty piasku, ciemnoszary asfaltu i błękitny morza. 7h oczekiwania na następny lot daje nam możliwość wyskoczenia na miasto. Szybka odprawa na lotnisku (które ku naszemu zaskoczeniu nie jest zrobione ze złota i kamieni szlachetnych), zakup wizy (90zł na osobę) i jesteśmy na katarskiej ulicy. Zachodzi słońce, dzięki czemu temperatura spada do niezbyt przyzwoitych 36-37st. C. Jest gorąco. Łapiemy taksówkę, która za 35 ichnich pieniędzy (Riyale) zawozi nas do starej części miasta. Po drodze kolejne zaskoczenie: ulice wcale nie są pełne samochodów wartych wielokrotoności naszych prywatnych majątków. Dominują toyoty, hondy,nissany i duże terenówki. Fakt – wypasione wersje ale żadne tam Maserati czy Ferrari. Wszędzie wielki plac budowy. Widać że miasto ciągle się rozrasta. Stara część wygląda niesamowicie klimatycznie, jednak jego „starość”  moglibyśmy zakwestionować. Wąskie uliczki, wśród jasnych kamiennych domów, w powietrzu przyjemne zapachy korzennych przypraw, sziszy i .. męskich perfum. Panowie ubrani na biało, panie  na czarno – jak ninja (w abayach, spod których widać tylko gałki oczu i drogie torebki). Cały czas gorąco jak w piekle. 37 stopni to zdecydowanie za dużo dla organizmów ze strefy umiarkowanej. Pocimy się a piasek i wilgoć zlepiają nam włosy. Z pobliskiego meczetu docierają nawoływania do modlitwy, a my w duchu modlimy się o prysznice na lotnisku..
Pora na katarską przekąskę – i tu jeszcze raz niespodzianka bo żeby zjeść przyzwoity obiad wcale nie musimy sprzedać większości naszej elektroniki. Zupy, napoje, ryba na ryżu – cena za kolację dla 4 osób w samym centrum starego miasta zamyka się w kwocie 100zł. Pewnie przez brak piwa :) Absolutna prohibicja zmusza nas do zatruwania się cukrem rozpuszczonym w coli. Jeszcze chwila przechadzki po uliczkach wśród przeróżnych sklepików i straganów, po czym za 20 rieli taksówką przenosimy się do nowoczesnej dzielnicy Dauhy. Krajobraz się zmienia: z niskiej klimatycznej zabudowy przenosimy się w świat drapaczy chmur. Szkło, aluminium, iluminacje świetlne, dziesiątki jeżeli nie setki metrów w górę robią wielkie wrażenie ale ciągle mamy poczucie że znajdujemy się w centrum placu budowy. Czujemy się jak w piekarniku, dlatego  zaliczamy krótki spacer pomiędzy rządowymi drapaczami chmur i z ulgą wsiadamy do klimatyzowanej taksówki. Ruszamy w kierunku lotniska. Ekipy budowlane rozpoczynają chyba prace dopiero po zmroku, więc przejazd taksówką w czasie Ramadanu (kiedy to aktywność wyznawców islamu następuje dopiero po zmroku) oraz z dodatkowymi objazdami i ograniczeniami w ruchu kołowym, zajmuje nieco dłużej niż początkowo zakładaliśmy. Czy oszołomiło nas niesamowite bogactwo? Zdecydowanie nie. Drapacze chmur robią wrażenie, ale miasto ciągle się buduje. Za kilka lat, kiedy liczba wieżowców się powiększy, Dauha z pewnością bardziej przytłaczać rozmachem. Teraz jest… stosunkowo racjonalnie ;)

30 Riyali za taksówkę gwarantuje bezpieczny transport na lotnisko. Jesteśmy już trochę zniszczeni: 3h w samochodzie do Wawy, 3h na lotnisku, 5h w samolocie i 7h w Katarze kwalifikuje nas raczej na składowisko odpadów toksycznych a nie na kolejną 10h podróż samolotem. Szybka próba odświeżenia się w umywalkach i ruszamy w stronę kontroli paszportowej.

To chyba nie jest nasz dzień na korzystanie z lotnisk. Panowie w białych kitlach żartują że wyglądamy na ‚zmęczonych’, co bardzo szybko potwierdzają skanery biometryczne, które nie potrafią wykryć podobieństwa ze zdjęciem paszportowym. Jedna, druga, trzecia próba. Nic.
– Sir, please open your eyes.
– ..but i’ve got them opened !
– look here, and open your eyes, please….
Mimo kilku prób wybałuszenia gał, szparki nadal pozostają tylko szparkami… Po 10 próbie rozbawiony Arab wklepuje coś w komputerze i puszcza nas dalej.
Tym razem lecimy Boeingiem 777-300. Wielki samolot, największy jakim lecieliśmy do tej pory. Ponownie czysty i zadbany, w miarę nowy. Sam lot spokojny i komfortowy. Po krótkim międzylądowaniu w Bangkoku docieramy do stolicy Wietnamu – Hanoi. Mija blisko 30h podróży. Pora odpocząć.

Zdjęcia wkrótce.