To nie jest kraj dla dużych ludzi
Hotel. Po podróży pora na prysznic. Szybko orientujemy się, że chyba nie do końca pasujemy do tego kraju. Aby czerpać pełną przyjemość z korzystania z deszczownicy trzeba ustawić się w mocnym przykucu (zawieszona jest może na 1,5m). Sam hotel i obsługa bardzo przyjemne. Cena – jak najbardziej akceptowalna – 21 usd za 2 osobowy pokój ze śniadaniem w samym centrum stolicy to raczej niewygórowana kwota.
Na zewnątrz problemy z dopasowaniem stają się jeszcze bardziej zauważalne. Praktycznie każda street foodowa knajpa wyposażona jest w stoliki o wysokości 0,5m i krzesełka max 0.3-0.4m. Lokalni, którzy rzadko przekraczają 1,5m radzą sobie na nich całkiem dobrze. Biali powyżej 1.8m juz nieco gorzej…
Samo umeblowanie to jednak tak na prawdę mało istotny detal w obliczu klimatu jaki roztacza się we wszystkich uliczkach Old Quarter – starego miasta, głównego centrum turystycznego. Jest rozgległe i pełne… wszystkiego. Sklepy, usługi, warsztaty, knajpki uliczne, knajpy w bardziej westernowym stylu, na ulicach skutery, na chodnikach skutery, w niektórych sklepach skutery. Do czego służą chodniki w Hanoi ? Dyo parkowania skuterów właśnie. Piesi wypchnięci są na ulicę, zmuszeni do lawirowania między trąbiącymi skuterami i samochodami.
Czas na zakotwiczenie i napełnienie się piwem i jedzonkiem w dowolnej kolejności, cyklicznie. Jako pierwsza linia frontu w walce z tutejszymi smakami – New Day Restaurant – spora knajpa, jedna z nielicznych posiadająca wygodniejszy rozmiar stolików. Zamawiamy :) Pho Ga (zupa z makaronem ryżowym i kurczakiem), spring rolls Hanoi (sajgonki), ryba w czili i w orzechach nerkowca, krewetki. Jedzenie całkiem dobre, ale tak na prawdę jak na razie to nic nadzwyczajnego. Na pewno nie zaskakuje smakiem tak jak to, co jedliśmy w Tajlandii czy Malezji. Wiadomo, to pierwszy posiłek, ale oczekiwalismy huczniejszego powitania :) Piwo w cenie ok. 1-1,5 usd za 0,5l, co w połączeniu z całkiem niska ceną za jedzenie daje przyzwoicie niski rachunek – ok 80zł za 4 osoby (wydaje sie, że nie jest to też jakoś rewelacyjnie tanio). Jako kolejne postoje zaliczamy mała knajpke z makaronami, gdzie jedzenie pozostawia niestety wiele do zyczenia. Najbardziej udana wizyta – na jednym z rogów (ciężko powiedzie którym – wszystkie ulice wyglądają bardzo podobnie i wyjątkowo łatwo się zgubić) trafiamy na SeaFood Bar. Siedzimy w środku, cała „kuchnia” znajduje się na ulicy. Ponad pol kilo właśnie wyłowionych, grillowanych krewetek i ostryg robi dobrze :)
Po południu i wieczorami w wielu miejscach pojawiają się małe punkty, w których za 5000 dongów (ok. 0,25 usd) można wypić szklanke swieżego piwa siedząc na maleńkich krzesłach przyciśniętych do ścian budynków. My trafilyśmy akruat na mały sklepik, niemalże okienko, które za dnia funkcjonuje jako sklep z pamiątkami i koszulkami. Wieczorem następuje przebranżowienie – starsza pani napełnia szklanki gdzies na zapleczu. Samo Bia Hoi nie jest może mistrzowskim osiągnięciem w browarnictwie, jednak w takim klimacie smakuje bardzo dobrze.
W międzyczasie trafiliśmy jeszcze atrakcję kulturalna, która wymaga jednak osobnego, przemyślanego wpisu. Czas na wycieczke zorganizowaną wycieczkę do Ha Long. Biur turystycznych sporo, ofert do wyboru sporo, mamy jednak pewne obawy – oby nieuzasdnione
ładowanie mapy - proszę czekać...