This is the end
-Niezły Saigon tutaj masz…
Wygląda na to że z biegiem lat to niezwykle poręczne określenie ogólnego rozpieprzu straciło na trafności. Dzisiejszemu Saigonowi daleko do ‚nieładu’. Wyjątek stanowić może jedynie China Town ale stwierdzenie że ‚masz niezłe China Town w Saigonie’ nie brzmi już tak pięknie, niestety…
Dzisiejszy Saigon, a właściwie Ho Chi Minh City*, to pulsujące serce Wietnamu, centrum finansowe i najnowocześniejsze miasto w tej części Azji. Miasto jest naszpikowane drapaczami chmur i jak na wietnamskie standardy całkiem czyste. Jak bardzo odmienne jest to miejsce od pozostałych miast widać chyba najlepiej na tle stolicy – Hanoi. Jak już wspominaliśmy wcześniej, lotnisko w Hanoi to smutny barak w którym od lat jak w polskim filmie – „nic się nie dzieje”, podczas gdy w Saigonie stoi nowoczesny, spełniający całkowicie wymogi stawiane takim miejscom terminal. Stolica w starej części ma wąskie, urokliwie klaustrofobiczne uliczki, gdzie uskoczenie przed skuterem może się skończyć na ścianie budynku lub w czyimś posiłku. W Saigonie ulice są „bezpiecznie” szerokie. W obu przypadkach ulice to przetaczająca się rzeka skuterów, jednak szerokość ulic w City sprawia, że ruch na nich można przyrównać do zwolnionej z tamy wodnej rwącej rzeki, na której tle Hanoi wygląda ledwie jak wartki potok. W Hanoi w District 1 znowóż Policja w najmniej odpowiednim momencie ok 23:05 (lub jak kto woli po ok. piątym Bia Hoi) każe Ci iść spać i zamyka przybytki rozrywki, podczas gdy w Ho Chi Minh, District 1 w okolicach Bui Vien i Pham Ngu Lao tętni życiem nieprzerwanie noc i dzień. Mimo tego w Hanoi czuć tę azjatycką odmienność, chaos i szaleństwo kipiące z każdej ulicy, czego w HCM odnaleźć mimo szczerych chęci nie zdołaliśmy. Owszem, jest pięknie odrestaurowana część kolonialna, stara poczta jak z francuskich pocztówek, katedra Notre Dame z francuskiego marmuru i chyba najokazalszy z całego trio budynek głównej siedziby partii. Jednak wszystko to w towarzystwie biurowców, 5-cio gwiazdkowych hotelów, drogich butików sprawia wrażenie wygładzonego i może nawet trochę bezdusznego. Paradoksalnie, rozwalone China Town pomimo swojej brzydoty, czy pagoda Jadeitowego Cesarza wypadły najlepiej w naszych oczach. Może to bardzo bliskie sąsiedztwo nowoczesnej zabudowy ze starą dzielnicą w Saigonie ma taki wpływ na odbiór, może zamerykanizowanie samo w sobie tego miasta, a może nasze szczególne upodobania konkretnej atmosfery lekkiego chaosu i nieprzewidywalności, którą upajaliśmy się w Hanoi czy Bangkoku jest winne wszystkiemu. Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że może zbyt krótko, że może jeszcze dzień, dwa i wczulibyśmy się w klimat… tego się już pewnie nie dowiemy… delta Mekongu była zbyt mocnym afrodyzjakiem aby zostać w Saigonie dłużej. Pomimo mieszanych uczuć co do samego klimatu miasta miłość do jedzenia w nim pozostanie czysta i nieskalana tak jak i zapał do kupowania na targowisku prawdziwego/nieprawdziwego Kopi Luwaka. Wystarczy się zapuścić ledwie kilkaset metrów poza backpackerski kwadrat aby ceny spadły o połowę, a wychodzące na ulice knajpy z owocami morza kusiły do przycupnięcia na mikrokrzesełkach. Dlatego też w ostatni dzień naszego pobytu w Wietnamie nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić wielkiego om,om, om…. Rano nieśmiałe śniadanie a potem… potem się już potoczyło.. . Na otarcie łez przed wylotem musieliśmy zaliczyć oczywiście Atomy (lody śmietankowe w czekoladzie, pakowane po 4 sztuki, bez patyka), potem gdzieś po drodze Bahn Mi i Bahn Bao a potem… wielka wyżerka w seafoodowej knajpie: Lau Thai, krewety na ostro z grilla, sałatka z mango z krewetkami i krokodyl (coś pomiędzy kurczakiem a krewetką, w smaku oczywiście), a wszystko to rzecz jasna zapijane Bia Saigon i Kopi Luwakiem na deser. Najedzeni, napici, z plecakami wypełnionymi butelkami z Bia Saigon, kilogramami kawy Luwak\Weasel, suwenirami w postaci mniej lub bardziej potrzebnych gadżetów zdobytych po mniej lub bardziej atrakcyjnych cenach (w zależności od umiejętności targowania się), zaopatrzeni w baterię kotków Maneki-neko jedziemy na lotnisko. Przejeżdżamy przez ciągle tętniące życiem miasto mimo nocnej pory. Mijamy kolejne wózki z Bahn Mi, ale niestety tym razem trzeba obejść się smakiem. Przełykając ślinę dociera do nas że wracamy do domu.
Good bye Vietnam!
A w głowach pulsuje jedna myśl.. jedna myśl a działa jak perpetum mobile…
——————————
* Nazwa miasta została zmieniona w 1976r na cześć komunistycznego działacza Ho Chi Minha. Nazwa Ho Chi Minh używana jest głównie przez mieszkańców komunistycznej północy, natomiast na południu i w samym mieście nadal o Saigonie mówi się Saigon.
ładowanie mapy - proszę czekać...