Lombok trip
Ostatni dzień na Lombok przeznaczyliśmy na rekreację na skuterach. Poobcierane od leżenia na deskach surfingowych ciała, obolałe od paddlowania mięśnie i spalone od słońca plecy i nogi skutecznie wybiły nam na chwilę z głowy kolejne podejście do surfowania. Przejechaliśmy spory fragmet południowej części Lomboku, niezliczoną ilość razy odmachując lub odpowiadając na rzucane w naszą stronę ‚Hello’, ‚Hey mister!’ czy ‚How are you?’. Trafiliśmy do paru wiosek, zaliczyliśmy kilka lokalnych marketów, chwilę poukrywaliśmy się przed deszczem pod przypadkowymi wiatami przy domach, aby w końcu dotrzeć do nadmorskiej miejscowości, gdzie pełni nadziei na zjedzenie czegoś dobrego w lokalnym warungu, musieliśmy się obejść smakiem i pożywić jedynie fajnymi widokami. Całą drogę spotykaliśmy się z życzliwością, uśmiechem i zaciekawieniem ze strony lokalnych. Żadnych niemiłych sytuacji, żadnych spięć a dobre sataye, martabaki i tahu kupione gdzieś na straganch i zjedzone na krawężniku jeszcze bardziej poprawiały humor. Atmosfera panująca wokół jest tak pozytywna, że w chwili kiedy orientowaliśmy się że na naszych twarzach nie było uśmiechu wydawało nam się że popełniamy jakies faux pas. Chciałoby się spędzić na takiej włóczędze kilka dni, ale potwory z Komodo same się nie sfotografują.