Security first
Kręcąc się po ‚okolicy’ nie moglibyśmy nie zahaczyć o Komodo słynące z wielkich waranów. Aby dotrzeć do Labuan Bajo na wyspie Flores (bazy wypadowej na Komodo i Rince) mamy z Lomboku do przebycia całkiem spory kawałek drogi, hmm.. jakieś 600 km. Udaje nam się złapać tani lot lokalnymi liniami Garuda Airlines do Bimy na wyspie Sumbawa. Stamtąd musimy się jakoś przedostać do Sape, nadmorskiej miejscowości, z której jakoś musimy przeskoczyć na Flores. Nie wiemy tak na prawdę do końca jak, czym, skąd i gdzie.
Lot. gdyby nie spore ilości turbulencji, byłby całkiem przyjemny. Turbośmigłowy samolot jest cichy i wygląda na całkiem nowy. Lądowanie w Bimie to pierwsze ciekawe przeżycie: schodzimy coraz niżej a wokoło tylko pola ryżowe i małe blaszane budki. Właściwie do ostatniej chwili nie wiadomo czy lądujemy awaryjnie czy może jednak ktoś pod nami wylał odrobinę asfaltu. Uff, jednak był pas. Terminal przylotów jest… hmm.. skromy i specyficzny. W niewielkim pomieszczeniu poza turystami i kilkuosobową obsługą kręci się pełno taksówkowych nagabywaczy. Przenośnik służący do odbioru bagażu ma może max 4m długości a przez niewielkie okienko, za zasłonką, widać jak z drugiej strony ktoś wpycha kolejne plecaki. Czekamy na swoje rzeczy, w tym czasie zza lady macha do nas zapraszająco na odprawę paszportową… John Lenon. Wygląda zadziwjąco azjatycko jak na brytola. Chwila śmiechu, zdjęcia z azjatyckim Beatlesem i wychodzimy przed bungalow, gdzie dajemy się złapać na prywatny transport do miasta. Jeszcze nie słyszeliśmy, żeby ktoś w trakcie rozmowy przez telefon w trakcie jazdy samochodem krzyczał tak głośno. Bolesne… Wysiadka na Bus Station w centrum Bimy, gdzie ponownie zostajemy obskoczeni przez kolejne usługi transportowe. Wybieramy lokalny transport publiczny (Bemo), rozpadający się autobusik, który za 25K od głowy (7zł) ma przerzucić nas do Sape, odległe o ok. 70km. To właśnie w tym busiku doświadczamy mitycznego transferu razem z kurami – ściślej z kogutem. Asystent kierowcy w kluczowych miejscach, w trakcie jazdy przeskakuje między przednimi a tylnimi drzwiami korzystając z mniej konwencjonalnej drogi – rurek na zewnątrz. Poręczowanie po zewnętrznej stronie autobusu odbywa się w trakcie jazdy nad przepaściami. Oklaski. Jesteśmy pełni uznania. Widoki za oknem rewelacyjne. Prócz kursującego w te i we wte kolesia również pola ryżowe, uprawy cebuli, wszystko skąpane w świetle zachodzącego słońca. W górach gdzieniegdzie przy drodze dzikie małpy, w miastach tętniące życiem targowiska. Rewelacja. Po prawie 2h wcale nie takiej strasznie niewygodnej podróży jak mogłoby się wydawać docieramy do Sape. Sape jest małą rybacką wioską z jednym hotelem i jednym molo z którego dwa razy dziennie w stronę Labuan Bajo odpływają spore publiczne promy, o niezbyt chlubnej renomie. Szczęscie ? A może tak miało być – wieczorny odpływa „now, buy tickets, go now”. 54K (15zł) od głowy za 7h nocny rejs wydaje się zdecydowanie lepszą opcją niż szukanie noclegu w wiosce. Nie będziemy już wspominać o tym, że stojąc przy porcie oczywiście jesteśmy obskoczeni przez kolejnych nagabwaczy, pomocników i gapiów – takie coś dzieje się tu praktycznie zawsze i wszędzie, gdzie pojawia się biały lekko zdezorientowany turysta z plecakiem. Co ciekawe, większość z tych ludzi stara się być pomocna – podpowie ile płynie prom, jak często, gdzie jest hotel. W odróżnieniu od tych spotkanych na przykład w Tajlandii – ci ludzie zachowują się czesto jakby robili to naprawdę bezinteresownie, chcąc tylko pomoć podróżnym (oczywiście do tych bezinteresownych nie zaliczamy obsługi transportowej, wszędobyliskich pseudo-taksówkarzy). W podobnych okolicznościach, w innym kraju może bylibyśy bardziej zestresowani. Tutaj wszystko idzie zupełnie bezproblemowo. Szybko wskakujemy na prom, zdążyliśmy. Pod pokładem nie wygląda zbyt zachęcająco – jest część z krzesełkami i mały barek, gdzie moża kupić czipsy, kolę i Mie a’la Vifon, jest też Biznis Klas I – zamnięta sala, chyba z klimatyzacją za dodatkową opłatą i jest wielkie sypialne pomieszczenie z piętrowymi łóżkami. Z tego wszystkiego wybieramy koczowanie na deck’u, co ostatecznie sprawdza się niemal idealnie (dla większości z nas). Oczywiście prom jeszcze nie odpływa, ani nie teraz, ani nie przez następne 2h. Dzięki temu mamy jednak okazję podziwiać niesamowicie klimatyczny obrazek. W dole po niewielkim molo krzątają się lokalni, łowią ryby, przenoszą wielkie wory, rozmawiają. Trochę dalej spokojniesza nieco wieś z meczetem położonym zaraz przy zatoce z którego muezin nawołuje do modlitwy. Cała zatoka otoczona jest malowniczymi górami, w oddali widać niewielkie wysepki a całość doświetlona jest znikającym za horyzontem słońcem. Obraz + fonia + informacja o całkiem nowych szalupach ratunkowych ze swieżym przeglądaem stwarza bardzo relaksującą atosferę. Po zachodzie słońca do portu dobija kolejny prom, bardzo podobny do naszego… zaraz, zaraz… przecież przy molo nie ma miejsca na kolejny prom a my wcale jeszcze nie odpływamy. Statek podpływa bardzo blisko naszego, ustawiając się równolegle w zmiennej odległości 10-40cm. W chwili gdy prowadzimy rozmowę z jedną z osób z obsługi na temat naszego opóźnienia („safety check, sir”, „Safety first sir”, „no permission to leave pier sir, safety”) pod nami przez okna, z jednego promu na drugi przeskakują lokalni. Przerzucają wielkie wory z towarami, przeciskają się przez okienka a promy cały czas delikatnie dryfują na falach. Pan z obsługi zapytany, czy to normalna procedura, odpowiada że oczywiście że nie, że przecież prosił podróżnych aby tego nie robili, ale zupełnie go nie słuchali. Mamy cichą nadzieję, że w porcie docelowym skorzystamy jednak z bardziej tradycyjnej formy wysiadki. W końcu odbijamy od brzegu. Na niewielkich falach, na zaimprowizowanym legowisku na środku górnego pokładu, pod pięknie rozgwieżdzonym niebem, wsparci resztkami tequilli zasypiamy od razu i budzimy się dopiero na miejscu. Wysiadka na szczęście przebiega w typowy sposób. Security first. Jesteśmy w Labuan Bajo. Jutro rozeznanie sytuacji a potem na smoki :)
ładowanie mapy - proszę czekać...