Surfing Lombok

Let’s go surfin’ now Everybody’s learning how
Come on and safari with me
(Come on and safari with…)
Beach Boys – Surfin’ Safari

Dzień zaczynamy od małego poślizgu. Z Beach Bradas umówilśmy się na wyjazd na lekcję podstaw surfingu o 8:00. Przezornie zeszliśmy zatem na 7:00 na śniadanie w naszym zesquotowanym hotelu. Nasza obecność na śniadaniu najwyraźniej nie była brana pod uwagę o tak wczesnej porze. Właściwie wstaliśmy wcześniej niż obsługa. Po ok 10 min roziewany kelner przyjmuje od nas zamówienie i wybudza z letargu kucharzy. 8:15 przychodzi, ostatnie wykwintne danie – „puszysty” naleśnik soute. Ostatecznie 8:30 pakujemy się do minibusa naszego instruktora (starszego z Bradas), w którym czekają już na nas dwie holenderskie adeptki. To ich ostatni dzien na Lombok. Brada jak na surfera przystało jest ogólnie bardzo wyluzowaną, wiecznie uśmiechniętą osobą. Kiedy ukryty za tęczowymi okularami słonecznymi szczerzy swoje białe zęby od ucha do ucha przypomina trochę wilka aczkolwiek nie można mu odmówić bezpretensjonalnego uroku. Pierwszą lekcję odbędziemy na Selong Beach – szeroka zatoka z piaszczystą plażą i maksymalnie 0,5m falami umożliwia w miarę bezpiecznie wejście w temat. Każdy z nas ma swoją deskę, na miejscu dołączają do nas pomagierzy Brada. Wypada 3 instruktorów na 6 kursantów więc czujemy się dopieszczeni. Deski dla początkujących są dosyć duże z chropowatą powierzchnią zapewniającą dobrą przyczepność, przez co nie wymagają woskowania. Przed rozpoczęciem Brada oferuje nam neopranowe lekkie koszulki. Solidarnie z holenderkami stwierdzamy, że jest tak ciepło, że nam niepotrzebne co na koniec dnia okaże się brzemienne w skutkach ale o tym później. Rozpoczynamy od krótkiego treningu na plaży na sucho. Pozycja leżąca na desce, wyjście do  pozycji stojącej i tak kilka razy aż Brada stwierdzi, że załapaliśmy. Po ok 10min wygląda, że jesteśmy gotowi na praktykę w wodzie. Przypinamy leashe (smycz, gwarantująca niezgubienie deski w razie wywrotki) desek do nogi i wchodzimy do wody złapać naszą pierwszą falę. Do 30 metrów od brzegu jest na tyle płytko, że wciąż można stać na dnie (woda sięga do ramion). W końcu ustawiamy się do pierwszej fali, która wygląda na mocniejszą.

Pedalll, pedalll pedalll Stand up … i gleba, gleba gleba.

Niektórzy wyszli zbytnio na przód deski co skończyło się wbiciem jej nosa w dno, inni za bardzo obciążyli tył lub boki… podsumowując każdy z nas zaliczył efektowną wylotkę przy pierwszym podejściu. Po 2-3 fali każdy już załapał, w końcu po wstaniu na desce utrzymujemy balans i zaliczamy nasze pierwsze ślizgi 5-7m… wspaniałe uczucie. Po kilkunastu falach zaczynamy rozumieć jak dużym błędem było surfowanie bez koszulki. Na naszych ciałach pojawiają się liczne otarcia od chropowatych desek.  Po kilkudziesięciu  falach pojawiają się u niektórych już pokaźne rany brzucha, piersi i sutków. Adrenalina hamuje jeszcze przekaz bólu ale na koniec dnia już będziemy świadomi szkód (niektórzy byli bliscy spiłowania sobie sutków). W międzyczasie próbujemy się ratować koszulkami ale co obtarliśmy to już nasze. Jutro na pewno nie powtórzymy tego błędu. W końcu fale ustają, ich siła jest na tyle wątła, że nie jesteśmy w stanie wygenerować ślizgu. Ogólnie czujemy niedosyt. Przydałoby się wybrać w jakieś mocniejsze miejsce. Brada oferuje nam dogrywkę w kolejny dzień w Gerupuk. Twierdzi, że umiemy już tyle, że spokojnie sobie tam poradzimy. Podeskcytowani perspektywą mocniejszych fal, zapominamy o otarciach. Nie możemy doczekać się kolejnego dnia, podobno spot daje możliwość nawet 2 minutowych ślizgów.

…Catch a wave and you’re sitting on top of the world
Don’t be afraid to try the greatest sport around
Everybody tries it once
Those who don’t just have to put it down
You paddle out turn around and raise
And baby that’s all there is to the coastline craze
You gotta catch a wave and you’re sittin’ on top of the world…
                                            Beach Boys – Catch A Wave

Zbudowani naszymi błyskawicznymi postępami, pełni wiary w swoje umiejętności z licznymi otarciami wyruszamy do Gerupuk. Tym razem jedziemy skuterami z przypiętymi do nich deskami. Do starszego Brada dołączaja jego młodszy Brada: Blacberry i Holy Moly w czapeczce „Lombok fucking hardcore”. Po ok 15min dojeżdżamy z Kuta na miejsce. Surfowanie w Gerupuk wymaga wodnego transferu łodzią na otwarte morze w głąb zatoki. Koszt ustawowy za kurs to 150K IDR nam udaje się stargować do 100K IDR ze względu na liczność grupy. Razem za dwa dni sufringu z instruktorami i sprzętem  dla cztero-osobowej grupy wyszło 425K IDR (ok 40$) im większa grupa tym łatwiej zbić cenę. W zatoce są 3 miejscówki generujące fale o różnym stopniu trudności. Dopytujemy się kilkukrotnie, czy ta do której jedziemy na pewno jest dla osób z naszymi umiejętnościmi w porządku.

Yeah yeah yeah uspokaja nas Brada.

Na spot płyniemy z Niemcami i Szwajcarem. Oceniając po deskach wyglądają co najmniej na średniozaawansowanych. W rozmowie wychodzi, że niemiec surfuje już 5 lat. Ponownie dopytujemy czy na pewno jedziemy w bezpieczny spot.

Yeah yeah yeah uspokaja nas Brada.

W trakcie jazdy widzimy najbardziej hardcorową część w oddali. Przy skałach wychodzących już z zatoki rozbijają się fale wyglądające na 5m potwory. Tam na szczęście nie jedziemy. W końcu dopływamy do naszej miejscówki z… 2-metrowymi falami w najdynamiczniejszym punkcie. To wcale nie jest mało. Taka fala 1m daje już porządnego kopa i może nieźle sponiewierać. Dodatkowo przeraża ilość osób w wodzie czekających na falę. Ok 30-40 robi niezły tłum. Łapiący się na fale muszą robić slalom między wystającymi głowami czego my oczywiście jeszcze nie potrafimy.. Po raz n-ty wyczekujemy potwierdzenia, że to jest spot dla nas…

Yeah yeah yeah uspokaja nas Brada szczerząc się i wskazując nam aby pakować się z deskami do wody.

No nic. Wchodzimy (tym razem już w koszulkach). Bradas czekają już na nas przy „ujściu”  fal. Pomimo ich luźnego podejścia do życia temat bezpieczeństwa na szczęście traktują z odpowiednią powagą. Puszczają nas na fale z rozmysłem  kiedy nie zabiera się z nią cały tłum innych surferów. Młodszy Brada nie był niestety poprzedniego dnia z nami i nie wie jeszcze do końca jak jesteśmy dobrzy. Nieopatrznie puścił kilkoro z nas na start na falę ok 1,2-1,5m. Zmieleni i wypluci przez falę „szczęściarze” dochodzili do siebie następnie przez kilkanście minut na uboczu, próbując dopadlować z powrotem. Pojawiają się nawet przebąkiwania o końcu zabawy. Na szczęście zapał i postępy pozostałych przekonał ich do kolejnych prób tym razem zaznaczając na wstępie, że fala ma być mniejsza.

Pedaall, pedaaall, peeedaaaall … i jest w końcu pierwsze ślizgi na mocnej fali.

Cudowne uczucie kiedy sunie deska na grzbiecie i czujesz pełną kontrolę. Nieśmiałe próby skrętów również wychodzą, całość trwa dobre 30 sekund. Za fun trzeba jednak zapłacić długą drogą powrotną. Padlowanie 30m do punktu startu fali daje w kość. Po n-tym razie ledwo machamy rękami ale zachęcani przez Bradas nadal ciśniemy na kolejne fale. W końcu wszyscy dochodzimy do kresu wytrzymałości, nawet niemiecko-szwajcarska ekipa już wróciła na łódkę. Ręce odmawiają posłuszeństwa po ostatnim  power ślizgu niektórzy wracają już pchając deskę jedynie odepchnięciem nóg, dryfując na powierzchni. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że całość zabawy trwała niecałe 2h. Zmieleni, zmęczeni ale szczęśliwi wracamy na brzeg zatoki. Surfing rządzi!!!! Jutro rezerwujemy czas na krótką objazdówkę po okolicy i ruszamy na Flores przez Sumbawę, która również zaczyna aspirować do dobrej miejscówki do surfowania.