Hoi An i okolice

Transfer do Hoi An. Trafia nam się ładny żółty autokar, ładny jednak tylko z zewnątrz. Przed nami 5,5h jednej z najgorszych podróży do tej pory Wietnamie (pociąg miał przynajmniej wentylatory, a brudne szmaty w oknach nie smagały nas po twarzach). Autobus jest strasznie usyfiony w środku, część foteli samoczynnie rozkłada się do pozycji połleżącej, a najgorsze… klimatyzacja jakby nie istniała. Na zewnątrz pełne słońce, w środku brud z tapicerki jeszcze skuteczniej niż zwykle przykleja się do ciał i ubrań. Po drodze obowiązkowy postój w jednym z pit stópow, tym razem nie tak obleśnym jak wcześniejsze. W końcu docieramy. Pierwsze zetknięcie z miasteczkiem Hoi An mocno zaskakuje. Ruch skuterów znacznie mniejszy, a samo miasto wygląda jakoś ładnie i zadbanie. Sam hotel też niczego sobie, trochę w kolonialnych klimatach, położony zaraz obok sporego targu z warzywami i owocami.
Hoi An na tle innych miasteczek w Wietnamie jest ciekawym i wyjątkowym miejscem. Przede wszystkim jest czyste, uporządkowane i zorganizowane, z ładnymi klimatycznymi zabudowaniami, będącymi kiedyś (nadal zresztą też) kupieckimi domami. Kiedy zapada zmierzch, miasto ukazuje swoje kolejne, jeszcze ciekawsze oblicze – wszędzie świecą się kolorowe chińskie lampiony, most łączący dwie strony rzeki również tonie w świetle a przy brzegu pojawia się gromada dzieci sprzedających małe lampiony, które można puścić z prądem rzeki (zapewne w celu spełnienia życzeń i zaśmiecania rzeki). Co ciekawe, całość nie wygląda wcale tandetnie. Miasteczko jest zatłoczone, pełne turystów i lokalnych, przypomina trochę turystyczne kurorty, ale udaje mu się w jakiś sposób zachować kameralny charakter. Prawdopodobnie duża w tym zasługa polskiego architekta – Kazimierza „Kazika” Kwiatkowskiego – mającego znaczy udział w renowacji i organizacji miasta. Pomnik poświęcony tej szanowanej w Hoi An postaci (przynajmniej tak twierdzi tabliczka, pod popiersiem jakiegos skośnookiego doktora Pajchiwo) znaleść można w samym centrum starego miasta.
W Hoi An udało nam się także kontynuować dobrą kulinarną passę zapoczątkowaną w Hue. To tutaj zjedliśmy przy porcie, za smieszne 20tyś VND (3zł) miskę Cau Lau – makaron z wieprzowiną i ziołami. Tutaj też trafilismy na pyszne Banh Xeo (naleśniki z ciasta ryżowego z krewetkami, wołowiną i kiełkami fasoli, które zawija się własnoręcznie z dużą ilością sałaty i ziół w papier ryżowy), Banh Bao (ryżowe pierożki z krewetką), smażony Won Ton (ciasto ryżowe smażone na głębokim tłuszczu z dodatkiem warzyw i krewetek) oraz kolejne stoiska z rewelacyjnymi bagietkami z mięsno-łojowym wkładem. I to w Hoi An w końcu piliśmy pierwszy raz prawdziwą wietnamską kawę, zupełnie inną od tej serwowanej nam w hotelach – cholernie mocną, o silnie czekoladowym zapachu i posmaku, z nieco słonawym posmakiem, podawaną w szklaneczkach w zestawie z wietnamską herbatą „na popitkę”. Kawę serwuje się tu zarówno na gorąco jak i na zimno – z wielkimi kostkami lodu.
W jadłospisie na stałe zagościł też Saigon – piwo z południa kraju, sprzedawane w butelkach 450ml w cenie 10-15tys. VND w wersji green (słabszej) i 350ml w wersji exportowej Red – mocniejsze, bardziej wyraziste, ale też droższe – 15tys. VND za butelkę (2,2zł).
Ale wiadomo, nie samym jedzeniem w Hoi An człowiek żyje. Zrażeni trochę poprzednimi zorganizowanymi wycieczkami, postanawiamy przesiąść się na jedyny słuszny środek transportu w tej okolicy – skutery. Po tym co widzieliśmy na ulicach Hanoi, wydawać by się to mogło trochę głupim pomysłem, jednak Hoi An wygląda na znacznie mniej zatłoczone i bardziej przystępne dla zmotoryzowanych białasów. Do odwiedzenia w pierwszej kolejności mamy My Son – kompleks świątyń Czamskich, zaszyty w dżungli, oddalony o ok. 40km od naszego miasteczka. W końcu mamy szansę obejrzeć co dzieje się poza utartymi turystycznymi szlakami. Wyprawa na skuterach daje wielką swobodę zwiedzania i poszerza znacznie listę kulinarnych opcji dostępnych na codzień raczej tylko dla miejscowych. Poruszanie się na skuterach po tutejszych drogach, z punktu widzenia kierowcy, odbywa się w całkiem sprawny sposób. Oczywiście, cały czas obowiązuje jedna podstawowa, wcześniej wspomniana zasada – „brak jakichkolwiek zasad”, jednak pomimo tego czujemy się na drodze bardzo bezpiecznie. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to jeden z lepszych krajów do poruszania się na skuterze. Przede wszystkim – wszyscy nawzajem na siebie uważają. Skrzyżowania na których strumienie skuterów z różnych kierunków nieprzerwanie się krzyżują funkcjonują Cięższe pojazdy poruszają się raczej powoli, nie przekraczając 40-50km/h a wcześniej wspomniane „beep, beep, beep” doskonale sprawdza się jako komunikacja między kierowcami. Co ciekawe – nikt na siebie nie krzyczy, brak negatywnych emocji. Analogiczna sytuacja w Polsce wywołałaby pewnie mała wojnę ze znaczną ilością ofiar śmiertelnych. Wypadki ? Poza drobnym incydentem w Hue (riksza kontra skuter) nie stwierdzono. Cały czas jesteśmy pełni podziwu jak sprawnie funkcjonuje tutejszy ruch.
Po 2h przeprawy (zdjęcia, pogubienia się,przebita opona w skuterze i serwisowanie w lokalnym warsztacie) docieramy do parkingu przy My Son. Trochę zmęczeni, strasznie spoceni – trzeba uzupełnić płyny. Przy parkingu trafiamy mały punkt z pamiątkami i napojami. W tym miejscu dla lepszego zilustrowania sytuacji zmienimy trochę konwencję wpisu:
Całą czwórką stoimy przy kasie. Ze sklepiku wybieram Pepsi i wodę, za kwotę 25tys. VND. w portfelu mam tylko jeden banknot – 500tys. VND. Podaję go kasjerce, ta obraca go chwilę w dłoniach, po czym stwierdza że nie będzie miała jak wydać. Pytam stojących obok, czy mają jakieś drobne. Kwota się znajduję, przekazuję ja do kasy, kasjerka zwraca mi przekazany jej na początku banknot. Wypijamy napoje, pora na szybką toaletę. Większość toalet w Wietnamie jest płatna obowiązkowo z góry lub posiada małe pudełka do których wrzuca się co łaska. Toaleta przy restauracji należy do tego drugiego typu. Po skorzystaniu z przybytku, świadomy że mam w portfelu tylko jeden banknot 500tyś, bardziej dla formalności zerkam do portfela udając, że szukam jakiś drobnych. Wielkie jest moje zdziwienie, kiedy w portfelu dostrzegam niebieski bankot, ale o znacznie mniejszym nominale – 20tys. (bardzo podobny do 500tys, trochę mniejszy). Zwrot na pięcie i awantura w sklepiku. Na szczęście trafiam na kogoś z obsługi, postawionego trochę wyżej, kto włada w miarę sprawnie angielskim i usiłuje pomóc rozwiązać problem. Po chwilki kasjerka z koleżanką schylają się pod swoją ladą i wyciągają mój banknot, wmawiając mi że to ja musiałem go upuścić i że to nie ich wina. Oczywiście, upuściłem go, a w jego miejsce wpuściłem sobie inny. Kasę ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odzyskuję. Pora zatem ruszać w dżunglę.
My Son to kompleks czamskich świątyń datowanych na IV-XIIIw, w dużej części zniszczony w wyniku amerykańskich bombardowań w trakcie wojny wietnamskiej. W bardzo dobrym stanie zachował się fragment kompleksu – Segment C – klimatyczny, wtopiony w dżunglę, cichy i prawie bez turystów. Reszta kompleksu, jest niestety mocno zniszczona, część w trakcie odbudowy. W międzyczasie z pobliskiej sceny, na której odbywają się pokazy dobiega do nas głośna muzyka z przedstawienia. Klimat robi się rewelacyjny – słońce, upał, parna dżungla, setki (dosłownie) kolorowych motyli, zero turystów (zapewne oglądają spektakl), odgłosy dżungli przeplatają się z muzyką z przedstawienia (prawdopodobnie odtwarzającego obrządki kultury czamskiej) i klimatyczne budowle wokół. Dla osób, które miały okazję zobaczyć wcześniej Angkor Wat budowle nie wywrą tak dużego wrażenia, jak na zyjących z „piętnem Angkoru” :) Niemniej jednak miejsce warte jest odwiedzenia,
Upał i głód dają się powoli we znaki – pora ruszać na żer. W drodze powrotnej zaliczamy małe przydrożne BBQ, w którym obsługa na widok czterech białasów zrywa się na proste nogi i zaczyna skakać wokoł nas, pomaga wybrać coś do jedzenia, odradza jedno, doradza drugie, zaprasza nas do kuchni (ten zabieg mogli sobie akurat darować). Ostatecznie wybieramy 2x żeberka wieprzowe (mamy nadzieję, że wieprzowe) oraz dwie ryby z grilla. W oczekiwaniu na jedzenie atakuje nas chmara much. Nie wiemy czy to urok tego miejsca czy może nasz „urok”. W międzyczasie gospodarz kładzie nam bezpośrednio na świeżo przejechany szmatą metalowy blat wypieczony, wielkości sporej pizzy kawał smażonego papieru ryżowego jako chrupacz przed daniem głównym. 15 min czekania, dostajemy rewelacyjne żeberka, pare minut poźniej na mikrostolik wjeżdzają dwie ryby, zestaw ziół, papier ryżowy i sosy. Okazuje się, że rybę tutaj przeważnie wchłania się w postaci własnoręcznie zwijanych rolek (podobnie jak w Banh Xeo). Podsumowując: gdyby nie setki much, byłoby świetnie.
Na zakończenie dnia zjeździliśmy jeszcze okolicę Hoi An – plaże i resorty, po czym udaliśmy się na kolejny zasłużony posiłek (uwielbiane przez nas Banh Xeo) .
Następny dzień to również ambitne skuterkowe plany. Ruszamy w drugą stronę – do Da Nang. Odległe o ok 30km od Hoi An, jest trzecim największym miastem w Wietnamie. W samym mieście nie ma akurat wg przewodników niczego ciekawego do zobaczenia, wybieramy zatem kierunek na Monkey Moutain – spora góra za miastem, na której do dzisiaj znajdują się stare poamerykańskie instalacje radarowe, nadal niedostępne dla turystów. Po drodze wizyta na plaży – gdzieś w połowie drogi namierzyliśmy fajny punkt na plażowanie, pusty, z darmowymi leżakami i starszą panią donoszącą koktajle z pobliskiej knajpki. 2h przerwy i ruszamy dalej. Droga do Da Nang wiedzie wzdłuż wybrzeża, a samo miasto położone jest na wąskim półwyspie. Mocny wiatr prawie zwiewa nas ze skuterów, serwując nam przy tym piaskowy peeling skóry. Wizyta na górze, chwila podziwnia widoków, odrobina szybszej jazdy po zupełnie pustych i będących w rewelacyjnym stanie drogach i nadchodzi pora na kolejny posiłek. Celu brak, postanawiamy wjechać w centrum Da Nang i poszukać czegoś na miejscu licząc na farta. Wraz ze zbliżaniem się do centrum ruch skuterkowy zagęszcza się. Parę razy na rondach ogarnia nas przerażenie (jak się okazuje chwilę później – zupełnie niepotrzebnie). W końcu łapiemy jakąs restaurację (słowo restauracja to trochę nadużycie w tym przypadku, jednak ze względu na wygodę pomińmy subtelne detale). Menu całkowicie po wietnamsku, parę słów jednak już coś nam mówi – Tom (krewetki), Ca (Ryba), Rang Me (z woka), Nuong (z grilla) – znajomość tych paru zwrotów gwarantuje w przypadku problemów z komunikacją zamówienie czegoś zjadliwego. W knajpie tradycyjnie budzimy sensację. 4 białych ? na trzech skuterach ? Dlaczego nie przyjechali na jednym – tłumaczymy sobie ich niezrozumiałe dialogi najprawdopodobniej na nasz temat. Przez cały nasz pobyt wszyscy bacznie nas obserwują, obsługa biega w okół nas, w momencie naszego wejścia do przybytku w pośpiechu sprzątają toaletę.
Zamawiamy – krewetki, ryby, tajski kociołek (Lau Thai) i wołowinę Luc Lac. Mija parę minut i na maleńkie stoliki, z maleńkimi krzesełkami przy których siedzą wielkie białasy zaczynają wjeżdzać talerze. Wielkie porcje. Sam kociołek pełen seafoodu zaspokoiłby pewnie dwie normalnie jedzące osoby. Problem w tym, że nie zabraliśmy takich ze sobą. Co parę minut nowe półmiski, ryby ponownie razem z papierem ryżowym i ziołami, krewetki w super sosie, wołowina w trawie cytrynowej. Jesteśmy przerażeni.. Ilość jedzenia zaczyna przerastać nawet nas. Nie spodziewaliśmy się tak wielkich porcji. Pora na rachunek… 470tys. VND (70zł) wraz z napojami jest trochę szokujące za tak wielką wyżerkę. Po raz kolejny sprawdza się zasada – im dalej od szlaków turystycznych, im knajpa przeznaczona dla lokalnych, im mniej westernowa tym jedzenie będzie lepsze, porcje większe, a rachunek znacznie niższy.
Objedzeni jak tuczniki, ruszamy w drogę powrotną wybierając dosyć okrężne drogi. Przypadkowo trafiamy na wioskę kamieniarzy – dziesiątki, jeżeli nie setki chałupek, przed każdą z nich sterty kamieni na różnym etapie obróbki – od świeżo dostarczonych po niemal skończone rzeźby. W małej ciemnej wiosce zaliczamy jeszcze maleńki sklep ‚wielobranżowy’ – t.j. ze wszystkim i z niczym. Potrzebujemy żelu pod prysznic, ale nie zamierzamy go kupić bez targowania się o cenę juz samą swoją obecnością w tym miejscu wywołujemy sensację, nie mówiąć już o rozbawieniu lokalnych kiedy dochodzi do dobijania transakcji. Fajna zabawa, przyjemny klimat, ale juz po 21 więc pora ruszać do domu. 20 min i dobijamy nareszcie do hotelu. Jutro wyjeżdżamy na cudowne plaże Mui Ne


ładowanie mapy - proszę czekać...

Hoi An 15.880058, 108.338047