Aloha ha long

Biegając po Hanoi w deszczu z jednej agencji turystycznej do drugiej musimy zdecydować się na jedną z ofert zorganizowanych wyjazdów do Ha Long – malowniczej zatoki, będącej na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wybieramy opcję trzygwiazdkowej łodzi w wariancie – 2 days/1night. Cenowo gdzies ze środka – 60usd za osobę – za kurs, transport z Hanoi, jedzenie i nocleg na łodzi. Tworząc ten wpis siedzimy w trzęsącym się, wypełnionym po brzegi busiku powrotnym do Hanoi, myśląc jak ubrać w słowa to co widzieliśmy i przeżyliśmy (a nie będzie to łatwe).

Ale po kolei:

Hotel opuszczamy w pośpiechu o 8 rano. Z agencji turystycznej po drugiej stronie ulicy ma odebrać nas transport. O tej godzinie wiedzieliśmy chyba tylko my – bus odbiera nas pół godziny poźniej. Obsada autobusu pełna, przed nami 160km – około 3,5 h jazdy.

– Welcome to our beautiful country, our beautiful Vietnam – drogę „umila” nam przydzielony wietnamski przewodnik Tan (lub Dan) opowiadając w Vietglishu różne ciekawostki o kraju i regionie (zrozumieliśmy może 40-50%, jednak i tutaj każdy posiada własną wersję). Kierowca przestrzegając podstawowej tutejszej zasady ruchu ulicznego (zasada nr 1 – brak jakichkolwiek zasad) wiezie nas dosyć wolnym tempem na miejsce. Po drodze oczywiście obowiązkowy 30min postój w  gigantycznym sklepie z pamiątkami (od breloczkow, poprzez obrazy po wielkie kamienne figury). Nie chcemy wysiadać ale nie mamy wyboru. Zaraz za wejściem hala fabryczna – kilkadziesiąt osób wyszywa obrazy, szyje koszule. Wszystko jednak w estetycznym czystym pomieszczeniu obwieszonym gotowymi już produktami. Samo miejsce – czysta komercja, do którego zawijają chyba wszystkie busy jadące w stronę Ha Long. Jednocześnie jest ich może z 10-15, podobnie jak nasz wypełnionych do ostatniego miejsca. Ruszamy dalej. Droga robi się coraz bardziej wyboista, coraz trudniej wyprzedza się na trzeciego zarówno z prawej jak i z lewej strony. Pod koniec wyprawy w końcu wyłaniają się malownicze górki a w oddali na morzu wysepki. Za nami i przed nami sznurek podobnych busików. Docieramy do przystani w portowym mieście. Wygląda jak wielkie centrum przesiadkowe. Tłumy ciągną przez terminal w stronę setek zakotwiczonych w porcie łodzi. Część z nich utrzymuje się na wodzie chyba tylko dzięki odgórnemu zakazowi tonięcia i pływania w wodach Ha Longu. Przewodnik prowadzi nas w kierunku niewielkiej łódki, na niej każe nam założyć.. kapoki ? Po co, skoro w przypadku tonięcia z łatwością moglibyśmy przeskoczyć sucha stopą na jedna z sąsiednich szalup? Po chwili dopływamy do właściwego statku. Ten nie wygląda najgorzej – czysty, z uroczo tandetnym, prawie że weselnym wystrojem restauracji. Na górze ‚sundeck’ z leżakami, widokiem i nawet z sunem. Załoga raczy nas obiadem, nienajwyższych lotów i po chwili razem z kilkudziesięcioma innymi promami opuszczamy port w stronę wysepek. Na trasie zaplanowanych mamy kilka atrakcji i ‚activities’. Foldery z zatoki Ha Long przedstawiały uradowanych turystów skaczących z łodzi do wody, pływających kajakami i podziwiających uroki przyrody z sundeck-a. Zapowiada się więc dobrze. Z powrotem przesiadka z promu na niewielką łódkę, która jak się okazuje płynie cały czas z nami przyczepiona do burty statku. Kapoki, slalom między innymi podobnymi szalupami i dopływamy do pierwszego punkt na trasie -Suprising Cave. Docieramy do niej podziwiając na prawdę imponujące widoki wapiennych skał wyrastających z wody porośniętych dżunglą. Pierwszy na prawdę surprising fakt to ilość osób i łodzi na miejscu. Aby dotrzeć do jaskini trzeba dosyć wysoko wdrapać się po schodach, starając się jednocześnie nie wsadzić komuś obok aparatu czy łokcia w oko. Jaskinia rzeczywiście zaskakująca i wielka. Mnogość różnych form skalnych, nacieków i kształtów robi wrażenie. Cały czas należy uważać żeby nie wejść w kadr komuś robiącemu sobie właśnie zdjęcie. Gdzieniegdzie dostrzegamy elementy małej architektury – kosze na śmieci w kształcie pingwinków i delfinków (WTF?). 20 min spaceru po jaskini i wracamy do przystani pełnej ludzi. Uwagę przykuwa ilość brudu w wodzie i jej przejrzystość (a właściwie brak przejrzystości). Wskakujemy na łódkę i płyniemy na Titop Island – gdzie mamy zaznać trochę relaksu na plaży i gdzie będziemy mogli z punktu widokowego podziwiać panoramę Ha Long. W rezultacie dobijamy do wielkiego zardzewiałego „portu” przyczepionego do małej wysepki. Po prawej… coś budują. Z już zardzewiałej stali, zardzewiałym dźwigiem, grupa wietnamczyków mieszkająca w zardzewiałych chatach stawia jakis moloch, który w obecnym kszałcie nie przypomina na razie niczego poza chaotycznym placem budowy. W tle ogłosy uderzania młotami, pracy dźwigu, wiertarek i setki ludzi kąpiących się w niewielkim ogrodzonym fragmencie morza, odległym nie więcej niż 100-200m od wspomnianej konstrukcji. Na miejscu do wypożyczenia leżaki, drogie knajpki, kawałek szarej plaży i absolutnie żadnego uroku. Nie ma opcji zmiany miejsca natomiast jest opcja przejażdżki na dmuchanym bananie za motorówką.. brrr… Musimy tu siedziec godzinę bo tak jest w planie i koniec :) – We can’t do anything sir – słyszymy w odpowiedzi na propozycję zmiany miejsca. Aby uciec od tłumów wdrapujemy się zatem na szczyt wysepki, do punktu widokowego. Ucieczka nieudana, chatka na szczycie zapełniona amatorami fotografii. Chwila dopychania sie do barierek i udaje się w końcu złapać parę kadrów. Widoki niesamowite. Ilość wysepek widocznych na horyzoncie liczona w setkach. Podobnie jak promów zacumowanych pomiędzy nimi. Natural Wonder… ehe. Pora na kolejne atrakcje – kajaki. Płyniemy w okolice pływającej wioski rybackiej do punktu do którgo kolejno trafiają wszystkie łodzie. Dostajemy godzinę czasu na popływanie po okolicy. Brak fali i łagodna pogoda zachęcają raczej do pozwiedzania, w przeciwieństwie do samej wody pełnej plam oleju, śmieci  i innych niezidentyfikowanych obiektów. Opływamy pływającą wioskę, przyglądając się miejscowym rybakom żyjącym tam zapewne cały rok. Zaraz za wioską trafiamy do małej zatoczki, wolnej od jakiegokolwiek ruchu turystycznego. W końcu miejsce gdzie można posłuchać odgłosów dżungli zamiast terkoczących diesli. – Czy to krokodyl ? wielka żaba ? – postanawiamy zbadać wystający z wody obiekt z bliska. Niepewnie, ostrożnie podpływamy… na szczęscie pełne pieluchy nie gryzą. Wracając do kajakowej przystani mijamy jeszcze kilka swobodnie unoszących się na wodzie kup i worków foliowych i kończymy wycieczkę. Szybki transport na prom, kolacja przy uroczej muzyce i pora na chill-out na decku. Okazało się, że zakotwiczyliśmy w zatoczce wraz z kilkunastoma innymi promami, wsystkie na włączonych silnikach, na większości imprezy karaoke. Leżaki na decku sprawdziły się jednak rewelacyjnie, a odpoczynek w tym miejscu był całkiem przyjemny. Z kolejnymi Bia Hanoi konynuowaliśmy kontemplowanie okoliczności przyrody. Śniadanie następnego dnia wyznaczono na 8, zapewne, jak myśleliśmy, ze względu na liczne atrakcje w nadchodzącym dniu. Około 9:00 prom rusza w dalsza drogę. Z pokładu podziwiamy niesamowite widoki, małpy biegające po jednym z brzegów, rybaków zajmujących się swoimi sprawami, dziesiątki innych promów i tony płynących śmieci. Niesamowite, jaki dar do zaśmiecania takiego miejsca posiadają Wietnamczycy. Jeżeli chodzi o przyrodę i widoki – jest bajkowo. Poranną mgła dodaje jeszcze uroku. Nie możemy jednak oprzeć się wrażeniu, że nie widzieliśmy wszystkiego. Miejsca znane z pocztówek muszą gdzieś tam być… Po około godzinnym rejsie dopływamy do zatłoczonego portu gdzie zatrzymujemy się na prawie 2h i tam już do końca czekamy na transport na ląd urozmaicając czas jedynie lunchem. Dlaczego jedliśmy go tam a nie w jednej z malowniczych zatoczek – nie wiemy. Prawdopodobnie przez ułożony odgórnie plan wycieczki, przez ścisłe regulacje w rejonie zatoki (statki mogą pływać tylko po wyznaczonych trasach, itp.) i przez brak jakiejkolwiek elastyczności ze strony przewodników. Wskakujemy na ląd, gdzie wśród tłumów mamy czekać na busik. Przewodnik prowadzi nas do jednej z knajpek i tam w upale czekamy kolejne pół godziny. Busik w drodze powrotnej obowiązkowo zatrzymuje się w kolejnym okropnym markecie z pamiątkami, tym razem nieco mniejszym (wielkości średniego kauflanda) pozbawionego szyjących wyrobników. Dojeżdzamy właśnie do Hanoi, więc pora odpowiedzieć sobie na pytanie: czy było warto? Zobaczyć samą zatokę Ha Long i rybaków mieszkających w chatkach na wodzie na pewno tak. Wydaje się jednak, że wycieczka na jeden dzień moglaby być wystarczająca i na pewno tańsza. Jeżeli byłaby możliwość zorganizowania wycieczki prywatną łodzią, z bardziej elastyczną ekipą można by zapewne zobaczyć bardziej urokliwe zakątki bez ‚karaoke’. Niestety prywatne łodzienie istnieją w tym rejonie (ze względu na regulacje i układy) więc „publiczny transport” pozostaje chyba jedyną opcją na zwiedzenie Ha Long. Nie dotarliśmy do Cat Ba – miasta zlokalizowanego gdzieś po środku archipelagu, będącego w planie tylko w 3-dniowych wycieczkach, ale biorąc pod uwage komercjalizację całej okolicy wydaje się, że raczej dużo nie straciliśmy.


ładowanie mapy - proszę czekać...

Ha Long Bay 20.873729, 107.139187