Food fiesta w Chiang Mai
Po całkiem spokojnym locie wylądowalśmy na niewielkim lotnisku w Chiang Mai. Z samolotu okolica wyglądała na wielką zurbanizowana prowincje ciągnąca się po horyzont.
Usłyszeliśmy różne recenzje na temat tego miejsca ale postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze co takiego oferuje drugie co do wielkości miasto w Tajlandi.
Już w trakcie poszukiwania noclegu trafiliśmy na miejscówkę obok której nikt o zdrowych zmysłach (a tym bardziej my) nie mógłby przejść obojętnie: knajpa z wystawionym grillem na którym skwierczą ryby i krewetki, węglowymi paleniskami dla woków w których robi się coś niesamowicie pachnącego i uwijającym się w kuchni chińsko-tajskim dziadkiem. Ocierając ślinę z brody obiecaliśmy sobie że koniecznie musimy tu zajrzeć co uczynisiśmy w trybie ASAP – dwie godziny później na stół wjechały półmiski (a raczej plastikowe talerzyki) z: rzeczoną rybą, krewetkami, zupą galangalową, sałatką z wołowiną (grilowana, pachnaca wolowina z odrobina warzyw w rewelacyjnym sosie), sałatką z papai, mielonym w liściach bananowca. Na dobitkę sticky rice z mango.. Jak się później okazało zamówilismy połowę pozycji z karty :)
Nie samym chlebem i beefem żyje człowiek dlatego po obfitej kolacji wybraliśmy się na piesze zwiedzanie starego miasta.
(Na kulinarnej mapie zaznaczyć musimy jeszcze gastro targowisko przy południowej bramie w miasta. Przez pierwsze kilkanaście minut biegalismy w te i we wte, planujac zagospodarowanie przestrzeni żołądka produktami z wózków. Szaszłyki z kalmarów, rewelacyjne fruit shake ze stoiska Pa, wypalającą gębę sałatki z seafodem, roti..
Zaliczyła smy też polecany przez wielu curry bar Aroon Pai, ten jednak, jako jeden z niewielu gastro punktòw w mieście specjalnie nas nie zauroczyl.
Chiang Mai okazało się bardzo ładnym, zadbanym i dobrze zagospodarowanym miastem (oczywiscie jak na tutejsze standardy), z mnóstwem światyn. Pomimo zgiełku miasto jest kameralne, nie przytłacza, a sprzedawcy i taksówkarze nie są tak natarczywi jak w Bangkoku. Nie ma naganiaczy, zagadywaczy, wszystko dzieje się we własnym tempie a ludzie wydają się bardziej zainteresowani własnym życiem niż chmarą białych i żółtych turystów.
W trakcie pobytu z okolo 300 świątyń o ktorych wspominaja przewodniki, nam udało się zobaczyć dwie: najwiekszą w mieście i jedną oddaloną o kilka km od miasta do której wybraliśmy się skuterkami. Wystarczy. Tak mało czasu, tak wiele do zjedzenia.
Kolejny etap – przejazd autobusem do Chiang Rai, skąd bedziemy szukać transferu w stronę Laosu.
ładowanie mapy - proszę czekać...