To będzie trudny wpis bo ciężko opisać tę niesamowitą wyspę widząc ją głównie skąpaną w strugach deszczu. Ciężko też pewnie będzie utrzymać ton wpisu w niedepresyjnym tonie, pomimo tego, że wbrew pozorom bawiliśmy się tam całkiem nieźle. Zaczęło się bardzo obiecująco. Na Bali dotarliśmy po krótkim locie. Lotnisko Denpasar w stosunku do tego w Dżogdży to zupełnie inna bajka: czysto, schludnie, brak chaosu a aktualna pogoda nie zwiastowała nadchodzącej katastrofy. Po opuszczeniu terminalu oczywiście atakują nas taksówkarze. Praktycznie niemożliwe jest złapanie tutaj taksówki rozliczanej wg licznika a lokalne ceny dosyć zaskakują. Na pierwszy cel obieramy poleconą knajpę w Denpasar – mały, prawdopodobnie stary i z tradycjami warung, położony na skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic. Strzał w 10. Zaliczamy świetną wołowinę rendang, tofu w pikantnej marynacie a do tego jackfruit (owoce chlebowca) również na ostro, zieleninę (water spinach) i standardowo ryż. Za cztery wielkie porcje – 85K IDR (23zł). Bali wita nas nader dobrze.Hotel, a własciwie bungalowy łapiemy w Candidasie – na wschodnim wybrzeżu około 60km od lotniska. Taksówką dojeżdżamy na miejsce, zrzucamy plecaki, bierzemy prysznic w łazience z ogrodem. (Tutaj pozwolimy sobie na odrobinę poetyckiego uniesienia gdyż zwykłe ‚posraliśmy się ze szczęścia’ byłoby nieodpowiednie, zatem:…) W części ogrodowej wijące się pnącza okraszone promieniami słońca sprawiają, że prysznic „smakuje” mistycznie. Po odbytym „Spa”, lokujemy się z drinkami w chill out chacie na środku ogrodu. Jesteśmy tylko my i lenistwo. Po prostu Bali jak z folderów aż tu nagle…. „wyskakuje nam paw” tj deszcz ;). Początkowe leniwe krople deszczu po chwili zamieniają się w wielką ulewę. Chwilę później ciemność ogarnia całą okolicę (z powodu awarii prądu) i tak pozostaje już do rana. Problematyczny staje się nawet wieczorny prysznic – prysznic w łazience umieszczonej na zewnątrz tak cudowny w słoneczne popołudnie, przy padającym deszczu i może 23st C, w zimnej wodzie do przyjemnych nie należy – to był pierwszy (i nie ostani) raz kiedy zmarzliśmy na Bali. Następny dzień rozpoczęliśmy od biegu w deszczu na śniadanie. Zaplanowaliśmy ten dzień dosyć ambitne bo przecież na Bali nie będzie padać przez cały dzień (prawda?). Na wszelki wypadek wypożyczyliśmy samochód do którego zapakowaliśmy hotelowe parasole (hmm… hotelowe parasole? podejrzane..) i ruszyliśmy na podbój wyspy. Przystanek pierwszy – stara balijska wioska niedaleko Candidasy. Na miejscu, ze względu na duże stężenie wody w powietrzu, odpuszczamy sobie otwieranie drzwi i obieramy dalszy cel oddalony o 2 godziny w nadziei że przestanie padać.. Dojeżdżamy do Ubud. Im bliżej centrum tym większy tłok: turysta na turyście goni turystę. Wzdłuż uliczek prowadzących do największych atrakcji miasta rząd ładnie urządzonych knajpek i sklepów. Zwiedzamy dostępne dla ruchu turystycznego zabudowania pałacu królewskiego, w typowym balijskim stylu – bogato zdobione budynki i bramy, z czerwonej cegły i rzeźbionych kamiennych elementów, pełne symboliki hinduistycznej. Pałac ładny ale w tym tłoku nie zachwyca jakoś specjalnie. Całe Ubud pełne jest mniejszych świątyń nadających ciekawego klimatu okolicy. Co ciekawe, w podobnym klimacie utrzymano również mniejsze, prywatne posiadłości ale łatwiej znaleźć ładny westernowy lokal w stylu folderów z Bali niż atmosferę historycznego i kulturalnego centrum wyspy. Pierzeje najważniejszych ulic przesłaniają szyldy sklepów i restauracji a spacer wzdłuż nich bardziej przypomina przejście galerią handlową. Podnosimy sobie zatem morale bardzo udanym posiłkiem gdzieś na cichym uboczu i kierujemy się w stronę Monkey Forest – lasu pełnego biegających wokół turystów makaków. Niestety, na większe zwiedzanie się nie załapaliśmy. Ukradkiem tylko przemykamy się przez bramę aby złapać parę fotek w zapadających ciemnościach. Małp rzeczywiście jest sporo, niektóre atakują torby przechodniów, niektóre nie zwracając na nic uwagi obierają na chodniku kokosy. Ciekawy widok jak na centrum miasta. Po chwili zamyka się okno pogodowe i końcówkę wizyty w Ubud zaliczamy biegiem w deszczu do samochodu. Droga powrotna do Candidasy w ulewie ale to nie odstrasza największych łasuchów i podsumowujemy dzień zahaczając o mały wózek z przyrządzanymi na miejscu Martabakami (duże naleśniki smażone na głebokim tluszczu z nadzieniem z jajka, cebuli, ostrych papryczek i jeszcze klilku bliżej nieokreślonych składników) oraz jeszcze jedną specjalnością przypominającą w smaku ciasto biszkoptowe pieczone w małej foremce, z dodatkiem masła i słodkich składników (nazwy nie pamiętamy). Zmarznięci ale najedzeni i gotowi na zimny prysznic pod gołym niebem kończymy dzień.
Parę słów o Bali: jeżeli chodzi o zatłoczenie, Ubud wcale nie jest pod tym względem wyjątkowe. Drogami wylotowymi z Denpasar oraz tymi wzdłuż wybrzeża ciągnie się sznur samochodów, ciężarówek i skuterów, który słabnie dopiero wieczorem. Nie trudno jest trafić na godzinny korek spowodowany wykopkami drogowymi (znaki ‚Hati-hati’ – ‚Bądź ostrożny’). Wyspa jest w zamieszkana w większości przez Hindusów (do tej pory mieliśmy w Indonezji do czynienia głównie z Muzułmanami) – co widać od razu po licznych warungach (punkty gastronomiczne), uśmiechniętych ludziach i znacznie większej dostępności alkoholu niż dotychczas (do tej pory spożycie tutejszego Bintanga do obiadu było praktycznie niemożliwe w mniejszych lokalach, tutaj jest to na porządku dziennym). Na podkeślenie zasługuje tutaj zieleń która jest niezwykle bujna i ‚soczysta’, przepiękny krajobraz a także góry walających się śmieci. Oto Bali.