Herbata i Truskawki
Wypożyczonym samochodem z „korporacji” La Belle (którą wybraliśmy ze względu na opcję zwrotu samochodu na lotniskowym parkingu) wybraliśmy się na całodniową wycieczkę wgłąb Półwyspu Malajskiego. Głównym celem miał być oddalony ok 250km od Penang region Cameron Highlands, słynący z plantacji herbaty i truskawek. Wygląda na to, że Malajowie są wyjątkowo dumni ze swoich truskawek. Na wieść o tym, że wybieramy się w góry, kolejni lokalni przypominali, że koniecznie musimy spróbować ‚tych’ niesamowitych owoców, ponieważ Cameron to „jedyne miejsce gdzie te owoce rosną”. Nie do końca przyswajają fakt, że pochodzimy z kraju będącego jednym z największych światowych eksporterów truskawek. Może to bariera językowa, może to coś innego, ale wszyscy Malajowie z którymi rozmawialiśmy na ten temat uznali to za dobry żart.
Wyruszyliśmy do Cameron. Droga do Ipoh (ok. 200km) to jednostajna autostrada. Potem następuje zjazd w kierunku C.H. i zaczyna się już robić nieco ciekawiej ;). Droga pozbawiona jest odcinków prostych – wychodząc z zakrętu w prawo wchodzisz w kolejny w lewo i tak już do samego końca. Wspominając podróż minibusem z Perhenthians na Penang cieszymy się, że tym razem mamy auto. Na tej trasie przy malajskim sposobie jazdy dyslokacja kręgów szyjnych, względnie paw na tylnym siedzeniu byłyby murowane ;). Wjeżdżamy, czy raczej „wkręcamy się” w coraz to wyższe partie wzgórz. Po bokach trasy kamieniołomy, kosmicznie wyglądające skały porośnięte tropikalnym lasem. Miejscami wygląda to jak prekambryjski gaj paproci.
Mijamy w końcu pierwsze farmy truskawek. Widok co najmniej zadziwiający – nie tego się spodziewaliśmy: całe wzgórza obsadzone szklarniami wśród tropikalnej roślinności. Mijając kolejne wioski zaczynamy rozumieć jak duży biznes oparto o tutejsze specjały. Wszędzie produkty gastronomiczne na bazie truskawek, truskawkowe fun parki, gadżety oparte o motyw truskawki – poduszki w kształcie truskawek, breloczki w kształcie truskawek, plecaki w kształcie truskawek, truskawki w kształcie truskawek. Money makes this world goes around.
Wyruszamy piechotą w kierunku herbaciarni na wzgórzu. Pomiędzy krzakami dostrzegamy pracujących zbieraczy, w końcu dochodzimy do co celu. Na tarasie widokowym leniwie popijając różne typy herbaty delektujemy się widokiem. Jest cudnie..
Krótka wizyta w tutejszym sklepiku i obładowani paczkami z herbatą zmierzamy do pierwszej możliwej szklarni z truskawkami. Jest drogowskaz, więc migacz w prawo (o nie, znowu omyłkowo wycieraczki) i znowu wspinaczka po herbacianych połaciach. Proton Wira wymięka… Wokół szklarni kręcą się jakieś dziwne kozy, coś gadają do siebie, poza tym żywej duszy. Porozumiewaczo spogladając po sobie komentujemy zgodnym – „Ramadan”..
Wchodzimy do szklarni: w środku rzędy stojaków z krzakami uginającymi się od czerwoności truskawek.
Nagle z tyłów szklarni wyłaniają się dwie postaci: „Good morning sir, how are you, beautiful strawberries, come we will show you”. I od tego momentu zaczyna się szoł – muzułmanie odbierają nam aparaty a my zbici z tropu posłusznie zaczynamy pozować zgodnie z ich Malajglishowymi wskazówkami. Trochę jak w fabryce czekoladek Willego Wonky – my w roli dzieciaków a Wonków jest dwóch. „Take your wife here, turn right wife left, wait beautiful (click). Another photo, do this (click). Know honeymoon kiss, Boss? Take the strawberry in your mouth Boss” i tak kilkanaście minut. My jak te marionetki truchtający/przybierąjący posłusznie kolejne pajacykowe pozy pośrod truskawkowych grzęd i ci dwaj „Wonkowie” kicający wokól nas, usiłujący ustrzelić zdjęcie roku. La Chapelle wycisnąłby z tej scenerii niezłe foty. W nagrodę za cierpliwość pochłonęliśmy własnoręcznie nazbierane 1kg truskawek za 40RM!!! Dobre ale trochę inne i gorsze od tych naszych.
P.S. Zaliczyliśmy po drodze kolejną kulinarną wpadkę: Hindus w górach zdecydowanie się nie popisał, zwłaszcza podając nieświeże krewetki. No ale z drugiej strony powinniśmy się domyślić, bo krewetki nie rosną jak herbata na krzakach.. nawet w Cameron Highlands ;) Naan bread dobry, ale sosy do chlebka już zdecydowanie gorsze od tych które do tej pory jedliśmy. Na pocieszenie ustrzeliliśmy Deep Fried Bananas – jak zwykle rewelacja. Na przyszłość: gastro-hindusów szukać raczej na nizinach.
ładowanie mapy - proszę czekać...