Hue hue hue

Hue. Dawne miasto cesarskie, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Mnogość ciekawych miejsc ma nam dostarczyć atrakcji na kolejne dwa dni.
Po należnym nam, sporym odpoczynku w hotelu (Than Thien – Friendly Hotel, z bardzo friendly obsługą) wyruszamy w miasto. Rozpoczynamy od wielkiej cytadeli cesarza, otoczonej murami o łącznej długości ponad 10 km. Zaplanowany spacer w jej stronę przerywa nam naganiaczka do łodzi. Za 1usd (tradycyjnie prawdopodobnie mocno przepłacone) od głowy obiecuje nas zawieść pod mury cytadeli. W trakcie kilkuminutowego rejsu w kabince małej łodki Pani Nawigator rozkłada specjalnie dla nas kramik z pokaźną ilością przeróżnych pamiątek. Niezwykle atrakcyjną ofertę jednak odrzucamy. Kramik znika w ciągu 30 sekund a my dobijamy do… do krzaków? Krótka przeprawa przez chaszcze do kolan, po czym wyłaniają się przed nami imponujące mury cytadeli. Nad nimi powiewa wielka flaga Wietnamu wielkości chyba połowy miasta w którym jesteśmy.
Sama cytadela i Zakazane Purpurowe Miasto znajdujące się wewnątrz nie są jakieś imponujące. Wrażenie robi sala tronowa i parę mniejszych obiektów oraz rozległość kompleksu, jednak ogólnie dominują bajzel, trochę smieci i nieudolne próby odrestaurowania zniszczonych przez wojnę i kataklizmy obiektów.
Trzymając się żelaznej zasady „maksimum dwa zabytki – jedno piwo” kierujemy się w stronę jadłodajni łamiąc inną zasadę „nie chodzimy do knajp polecanych przez przewodniki”. Nieprzestrzeganie powyższych zasad często prowadzi do niemiłych konsekwencji, jednak zasady są po to żeby je łamać (przynajmniej drugą z nich). Knajpa oczywiście przepełniona białasami z przewodnikami w rękach, z wystrojem będącym niewątpliwie dziełem kolejnych białych z flamastrami. Europejski rozmiar krzesełek nie dodaje uroku. Siadamy na tarasie na pierwszym piętrze. Na jedzenie czekamy wyjątkowo długo a i tak nie dostajemy częsci zamówionych dań. Samo jedzenie średniej jakości – zachwalany ‚crispy noodles with pork’ wypada znacznie poniżej oczekiwań a Pho (wietnamska zupa z makaronem) czy kalmary na parze nie zaskakują absolutnie niczym.
Pora zapracować na kolejne piwa – planujemy wyruszyć na rejs po Rzece Perfumowej, zaliczając polecane przez wszystkich świątynie i grobowce położone wzdłuż niej. Ponownie dajemy się upolować jednej z portowych nagabywaczek i po chwili targowania i ustalenia trasy wsiadamy na zdezelowanaą łódkę z terkoczącym dieslem i kabiną oczywiście zupełnie nieprzystosowaną rozmiarowo do białych ciał. Jako plan wycieczki ustalamy wizytę z słynnej Pagodzie a następnie po dłuższym rejsie (jak wynika z mapy) odwiedziny w jednym z grobowców (Tuc Duc Tomb) i jednej świątyni. Ze względu na dosyć późną porę decydujemy się tylko na te trzy punkty, odpuszczając najciekawsze, jednak też najbardziej odległe. Wycieczkę do trzech wybranych punktów nawoływaczka szacuje na 3h.
Boarding. Pierwsze zdziwienie – łódka nie ma kramiku z pamiątkami? Po 5 minutach drugie zdziwienie – kramik wyrasta zupełnie znikąd. Zestaw suwenirów identyczny jak poprzednio. Zdziwienie nr 3 – nawigatorka szybko nas rozgryza składając ofertę na ciepłe piwo, która pokornie przyjmujemy. Rejs do pierwszego punktu – Pagody przebiega w miłej atmosferze. Dobijamy do zorganizowanego wybrzeża, wysiadka i przechadzka. Pagoda wraz z przyległym kompleksem ciekawa, pomimo sporej ilość zwiedzających całkiem kameralna, na pewno warta odwiedzin. Ruszamy dalej. Po krótkim 10 min rejsie, dobijamy do krzaków. Pani przewodnik, stary wilk rzeczny, kieruje nas przez ulicę do małego cichego obiektu, za którym znajduje się cmentarz. Obiekt ten to świątynia składająca się z placyku, paru tablic ustawionych na kamiennych żółwiach i ładnej bramy. Przyjemne dla oka, ale spodziewaliśmy się czegoś znacznie ciekawszego i bardziej imponującego – „pewnie nie robi na nas wrażenia, bo tego nie rozumiemy i nie znamy tutejszej kultury”. Przy wyjściu trafiamy na tablicę – Świątynia  Konfucjusza, odrestaurowana dzięki współpracy Polskiego MSZ z Wietnamskim. Miło. Ale nazwa chyba się nie pokrywa z tym do czego mieliśmy płynąć. No ale cóż – wietnamska język trudna język.
Powrót na łodkę, płyniemy… w drogę powrotną ? Coś nam nie pasuje. 3 min. dobijamy do jeszcze większych krzaków. Pani prosi nas abyśmy ruszyli do światyni za nią. Przebiegamy przez ulicę, gdzieś na przedmieściach Hue, „przewodniczka” biega po przydrożnych domach wyraźnie za czymś się rozglądając. Wchodzimy w boczna uliczkę, dopytuje o coś lokalnych, wracamy, przechodzimy kawałek dalej, pod bramę jakiegos prywatnego domu. Cały czas rozbawienie pomieszane ze zdenerwowaniem, teraz juz na 100% wiemy że mała chytra baba z Hue chce nas zrobić w konia, w jakis absolutnie banalny sposób. Składając ręce do modlitwy wskazuje nam maleńką kapliczkę u kogoś na podwórku. Chyba chce nam przekazać, że własnie dotarlismy do trzeciego punktu wycieczki. W powietrzu wisi awantura. Rezygnujemy z biegania po cudzym podwórku, wracamy na łodź gdzie prosimy o mapę i zaczyna się sprzeczka. Po chwili, wietnamka tak jakby ulega. Ruszamy. Płyniemy 2min na drugą stronę rzeki, dopływamy do krzaków przy których słyszymy
– „Tuc Duc Tomb here”
– „What? where?” – nic nie wskazuje na to aby w pobliżu miało znajdować się cokolwiek innego niż blaszane chatki
– „Tuc Duc. Forti minits. Bike”
Nerwy trochę puszczają. Dochodzi do kolejnej przepychanki słownej. Umawiając się na odwiedziny w trzech miejscach położonych nad rzeką nie było mowy o motorkach i innych kombinacjach. Upieramy się, że chcemy zobaczyc dwa kolejne punkty wg umowy.
– „I paid for 1,2,3. You see? 1 – 2 – 3” – wskazujemy kolejne punkty na mapce.
– „But far away” – slyszymy z zaplecza łodki od jej młodego syna
– „I know it’s far away, I paid for far away, so go or give us our money back”
Okazuje się ze zwrot Dongów w rachubę nie wchodzi, mocno się do nich przywiązują, więc jeszcze po chwili sprzeczek ruszamy. Wietnamscy przewoźnicy już się do nas nie uśmiechają, syn strzela focha, kładzie się na środku pokładu i udaje że zasypia, pozostawiając prowadzenie łódki matce. Ruszamy. Widoki fajne, po rzece powolnie posuwają się wielkie barki prawie całe zanurzone w wodzie, rozsypujące się łodzie rybackie, wokoło lasy, górki – sielanka. Na miejsce do drugiego z trzech zakontraktowanych punktów dopływamy po zmroku. Nie jest nam dane nacieszyć się mała urokliwą swiątynią położoną nad samą rzeką – jest za ciemno, nie widać prawie nic a ze strony domku strażnika ujadają kundle nie przerobione jeszcze na kurczaka w knajpie dla białych. Cały czas zastanawiamy się czy sprytni przwoźnicy przypadkiem nie zostawią nas w tym odłegłym punkcie i nie wrócą sobie sami do domu. Na nasze szczęście – czekają. Grobowiec znajdujący sie po drugiej stronie rzeki już odpuszczamy i zarządzamy powrót. Prawie godzinny rejs do domu ma swój urok. Jest juz zupełnie ciemno, jesteśmy jedną z może trzech łodzi na rzece, a na pewno jedynymi białymi w tym rejonie o tej porze. Wysadzeni zostajemy oczywiście w centrum targowiska, gdzie zapewne połowa rodziny naszej pani kapitan posiada swoje stragany i bez wymiany uprzejmości rozchodzimy/rozpływamy się w swoje strony. W tym kraju trzeba uważać na każdą formę zorganizowanej wycieczki, bo mniej lub bardziej przebiegli wietnamczycy zawsze mają swoje sposoby na sprawne wyciąganie Dongów od białasów poświęcajac przy tym jednocześnie jak najmniej czasu i pracy. W przypadku opisanego tu zajścia pozostaje jednak dziwne uczucie – jak ktoś w ogóle mogł wpaść na tak idiotyczny i banalny sposób oszukiwania? No cóż…
Jutro tunele Vinh Moc, ciekawe jak tam nas naciągną, a teraz… były już dwa zabytki :)

 


ładowanie mapy - proszę czekać...

Hue 16.466213, 107.607307