Luang Prabang
Dawna stolica kraju, niewielkie kolonialne miasteczko, wciągniete na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Klimatyczne, nieco ospałe za dnia, nie przytłaczające mnogością atrakcji turystycznych, wieczorem ożywa zachęcając do przepuszczania pieniędzy w kolejnych gastro straganach czy na sporym markecie ciągnacym się wzdłuż głównej ulicy. Samo miasto przypomina klimatem trochę wietnamskie Hoi An, jest jednak mniejsze i nie tak dbale zagospodarowane.
Z noclegiem trafiliśmy idealnie, w samym centrum, w bardzo klimatycznym guesthousie Thatsaphone (20usd za pokoj) – polecamy.
Co robić za dnia w LP poza snuciem się po uliczkach i odwiedzaniem kolejnych watów (które odwiedzane po raz któryś z kolei nie robią już takiego wrażenia) i straganow z fruit shakeami? Na pewno warto wdrapać się na górę z kolejnym watem – Wat Phousi, skąd rozciąga się niezły widok na okolicę. Na pewno zaliczyć jedno, dwa czy cztery piwa w jednej z dziesiątek knajpek w przeróżnych klimatach. Zaliczyć obiad w Tamarind restaurant, gdzie poza wchłonięciem świetnego jedzenia można dowiedzieć się trochę na jego temat, dzięki nieźle wladajacym angielskim, pomocnym kelnerom. No i w końcu wskoczyć na skuter i zwiać za miasto w stronę malowniczych wodospadów, na chłodne kąpiele w dżungli. Poza tym chill out w oczekiwaniu na otwarcie buffet Street, gdzie za niewielkie pieniądze, lecz w dosyć, nazwijmy to delikatnie, nieeuropejskich warunkach potestować można lokalne specjały takie jak noodle soup (2usd), veggie buffet, grille i wiele innych. Gorąco, duszno, brudno ale tanio i super zadowalajaco.
Planowaliśmy się tu odkuć finansowo po wielkim żarciu w Tajlandii. Okazało się jednak że wypływ gotówki stał się jeszcze bardziej dynamiczny. LP jest drogie. Lokale i punkty nastawione na białych turystow mocno winduja ceny. To tutaj wypożyczylismy najdroższy do tej pory skuter w trakcie wszystkich pobytów w Azji – ponad 70zl za dzień [sic!] za mocno już zmęczoną hondę. Nietrudno jest tu trafić na zwykłe obiadowe posiłki w cenach zbliżonych do polskich czy europejskich. Niby globalizacja, ale Laos to nadal wciąż jeden z najbiedniejszych krajów Azji… w co z drugiej strony ciężko uwierzyć patrząc na samochody na ulicach – hiluxy, kia, hyundai – wszystko raczej nowe, zadbane na pięknych alufelgach, przeważnie totalnie zabłoconych – niewiele jest tu poza miastem asfaltowych dróg. Taki to dziwny kraj.
Przed nami w kolejce transfer przez góry do bajkowo położonej, najwiekszej imprezowni Laosu – Vang Vieng.
ładowanie mapy - proszę czekać...
Zjadłbym coś dobrego :)