Menjangan snorkeling

Ostatnie dni na Bali miały upłynąć pod znakiem lenistwa, t.j. dzień plażowania na białych piaskach plaż Pemuteran, dzień dryfowania i przypiekania pośladków w błękitnych wodach wokół Pemuteran oraz poranny surfing ostatniego dnia przy Balian Beach w drodze na lotnisko w Denpasar. Pomimo szczerych chęci w okolicach Permuteran nie znajdujemy pocztówkowej plaży ze złotym piaskiem, gdyż owe złote plaże które widzieliśmy z oddali były prawodopodobnie złudzeniem optycznym. Znajdujemy natomiast całkiem malownicze puste plażowiska pokryte ciemnoszarym, skrzącym się pyłem wulkanicznym oraz .. śmieciami. To niesłychanie dziwne jak mając tak wspaniałą linię brzegową i akweny można zupełnie nie dbać o ten kapitał? Musimy się nieco wysilić aby znaleźć w miarę czysty obszar pozbawiony starych pojedynczych klapków, butelek czy resztek łodzi, ale w końcu znajdujemy: przypadkowa ścieżka, parę skrętów w prawo, parę w lewo, przeprawa przez wyschnięte koryto niewielkiej rzeczki i jesteśmy na miejscu. Teraz pozostaje już tylko plażing & smażing, ale wiadomo: długo tak się nie da bo ‚nicnierobienie’ strasznie męczy..

Popołudnie poświęcamy na eksplorację okolicy – ponownie wybieramy na mapie pozornie atrakcyjne  miejsce, by ponownie bo dotarciu tam trafić na typowy tutejszy syndrom, o którym napiszemy już wkrótce.
Cel wycieczki – najbardziej wysunięte na pn-zach Bali miasteczko Gilimaniuk. Rezultat – zasyfiona i zakorkowana samochodami czekającymi na prom na Jawę wioska. Zbliża się nieuchronnie Lebaran (Idul Fitri) wieńczący Ramadhan i zgodnie z zapowiedziami od jakiegoś czasu następuje zaczopowanie wszelkich węzłów komunikacyjnych. O samolotowym przekonaliśmy się już na Flores a teraz widzimy na własne oczy jak wygląda obłożenie dróg wodnych i tym samym lądowych. Praktycznie całe miasto zostaje przeistoczone w jedną wielką szerokopasmową kolejkę do promu. Przecinając kolejne ulice, stanowiące pasy dojazdowe do portu wzbudzamy tradycyjnie duży entuzjazm wśród tubylców. Wszyscy nas pozdrawiają, uśmiechają się, policjanci przybijają piątki inni pytają gdzie mamy kaski. Trochę kręcimy się po mieście, co raz trafiając na miejsca, o których redakcje wydające kolorowe foldery o Bali wolałyby zapomnieć (i pewnie zapomniały). Właściwie to poza promem nic tu nie ma. Zaczyna zmierzchać więc strzelamy parę fotek tubylcom i wracamy do Pemuteran. No cóż: tego wieczoru też zjemy tę genialną grillowaną rybę co wczoraj i przedwczoraj – ale nie ma tego złego, tym bardziej że Pan od Ryb świadczy Full Service i również organizuje wypady na snorkeling. Super. Wychodzi na to że zaoszczędziliśmy trochę czasu na szukanie łodzi  i możemy spokojnie oddać się degustacji oryginalnego Jamajskiego rumu z Bali…

Port, z którego wypływają łodzie do Menjangan jest oddalony ok 15 min skuterem z Permuteran. W przystani ruch jak w ulu: dużo nurków, dużo sprzętu i wielu nam podobnych. Poszło sprawnie – boarding, drugie śniadanie serwowane przez „obsługę łodzi”, chwila leżakowania na dziobie i podziwiania bajkowych widoków i docieramy na miejsce. CHLUP. Jesteśmy w wielkim akwarium… Zewsząd otaczają nas przeróżne kolorowe rybki, pod nami rozpościera się majestatyczna rafa koralowa. Urok tego miejsca polega przede wszystkim na ukształtowaniu rafy – na pewnym odcinku dno schodzi niemal pionowo w dół na dobre kiladziesiąt metrów i pomimo niemal idealnie czystej, błękitnej wody ginie w ciemnościach. Bez akwalungu raczej nie ma szans tam dotrzeć, dlatego musimy się zadowolić powierzchnią (bez straty bo jest w czym się zatracić). Nasz divemaster pokazuje nam co lepsze kawałki rafy. Wyszukuje i nakierowuje nas na co ciekawsze okazy fauny i flory. Momentami nurkuje na całkiem duże głębokości. Patrząc na to jak na jednym wdechu spokojnie schodzi kilkanaśnie metrów poniżej poziomu wody ciężko uwierzyć, że pali jak smok odpalając papierosa za papierosem. Po jednym z głębszych zanurzeń wyłuskuje murenę czatującą wśród koralowców, następnie ośmiornicę, rozgwiazdy, morskie pająki… Przez cały czas towarzyzy nam koralowy las. Przemieszczając się wzdłuż rafy co kilkanaście metrów natrafiamy na grupki nurków głębinowych, którzy łaskoczą nas wypuszczanymi pęcherzykami powietrza. Gdzieś tam mknie ryba motyla i peletony barwnych ryb papuzich. Wokół wszędzie korale, ukwiały i cała masa żyjątek których nie jesteśmy w stanie nazwać… Woda ma prawie idealną temperaturę i nie chce się wychodzić ale wszystko niestety ma swój koniec. Wychodzimy? eee…. nieeee, i jeszcze raz chlup. Zbyt fajna ta woda i znowu chlup. Pozostała nam jeszcze konsumpcja lunchu na łodzi ale w końcu już na prawdę wracamy. Całą drogę powrotną łódź przyjemnie skacząc na falach, ku naszej radości, oblewa nas wodą.  Jest pięknie i jest połowa dnia. Pozostałą część spędzamy na próbach eksploracji bocznych tajemniczych wiejskich dróżek pomiędzy domami i polami, które jednak bardziej nadają się na motocross niż na jazdę skuterem. Nie pozostaje nam już nic więcej jak spędzenie wieczoru nad basenem z drinkami. Jutro musimy wyjechać o 6 rano aby się załapać  na surfing w Balian, dlatego po wieczorynce wszyscy do łóżek.

Do Balian jedziemy trasą widokową przez góry, mijając malownicze tarasy pól ryżowych. Szybkie śniadanie w przydrożnym warungu kończy się spotkaniem z trzema ogromnymi nietoperzami drzemiącymi na krzewach. Są rozmiarów małego psa z metrowymi skrzydłami i kompletnie nic sobie nie robią z naszej obecności. Kilka fotek i koniec zachwytów – czas nagli, czas na surfing.
Do Balian Beach docieramy ok. 10. Na miejscu wita nas kolejna malownicza czarna plaża. Piasek może nie zachęca do tarzania się w nim, ale wygląda niesamowicie: skrzący się pył robi niesamowite wrażenie. Do tego piękny widok na skałki i 2-3 metrowe fale. Wielkie. Intensywne. Gęste..  Część z nas wymięka już na sam ich widok. Część po szybkiej analizie sufujących, walczących o przetrwanie. Reszta, jakby w amoku, żądna fal szybko zostaje jednak sprowadzona na ziemię przez miejscowego, doświadczonego surfera.

„It would be waste of your money today. Even I would have hard time on these waves. You should have come earlier. Maybe Tomorrow?”

Tomorrow to my będziemy biegać po targowiskach Jakarty w poszukiwaniu suwenirów. Dzisiaj pozostaje nam jeszcze tylko kilka godzin, które zagospodarujemy czymś dobrym i zalejemy to wszystko pożegnalnym Bintagiem. Szkoda. Pozostał chyba pewien niezaspokojony głód walki z falami..