No sunrise today, sir

Jako kolejne punkty na naszej check-liście To Do w Yogyakarcie zaplanowaliśmy wizytę w świątyniach Borobudur i Prambanan, które najdują się na obrzeżach miasta. Wycieczka miała być również naszym chrztem na drogach Indonezji. Po kilku odmowach w końcu udało się znaleźć agencję, która zgodziła się na wypożyczenie samochodu bez kierowcy (450 000 IRD ok 40$/dzień). 6-osobowa Toyota Innova w bardzo dobrym stanie początkowo wydawała się zbytecznie duża ale z czasem jej gabarty okazały się zaletą nie do przecenienia podczas walki o miejsce na drodze. Zgodnie z best practices, zwiedzanie Borobuduru należało rozpocząć od wschodu słońca aby uniknąć tłumów, zatem lekko niedobudzeni wyjeżdżamy o 4 nad ranem z hotelu. Natężenie pojazdów na trasie idealne do poczucia lewostronnego ruchu i ogólnych zasad panujących na drogach Yogyakarty. Prócz nas w drodze towarzyszą nam tylko pojedyncze „chrupki” (skutery, motory), pędzące niewiadomo dokad. Około 5:15 dojeżdżamy do bram Borobuduru. Szybko zostajemy namierzeni przez lokalny business (tłumaczenie na końcu wpisu):

– No sunrise today, sir. Very expensive, 380, sir. Better go hill, I show you, 50 thousand only
– Thanks, we have a car
– 30 000 IRD ok?
– Ok, no thanks.

Jedziemy w poszukiwaniu wzgórza (Nirvana Sunrise Hill). Samozwańczy przewodnik nie odpuszcza i wydaje mu się, że jednak dobiliśmy targu. W końcu po 15min jazdy za nim drogą szerokości naszej toyoty, dojeżdżamy na wzgórze. Ciemno jak w dupie.
– Leave your car here. 5 000IRD ->wskazuje na czarną czeluść na czyimś (pewnie swoim) podwórku..
– No way. We want to go up there – zupełnie nie podoba nam się opcja samotnego spaceru w strone ciemnej dzungli.
– Park here. Parking full. Really.
Mimo wszystko wymiękamy. Wschód wschodem, ale wciąż jest totalna ciemność i nie chce nam się wierzyć że na górze nie ma już miejsca bo na dole jakoś nikogo poza nami nie ma. Za 30 min otwierają wrota Borobuduru, więc z mieszanymi uczuciami zawracamy.
Udało się: jesteśmy pierwsi! Zaraz po nas zjawiają się jednak kolejni turyści. Zajmujemy strategiczne miejsca przy bramce do której podchodzi strażnik. Napinamy się, prężymy w blokach ale poza parą Australijczyków i Chińczyka w kosmicznych gumowacach nike nikt nam raczej nie zagrozi. Klik, klik  puszczają zamki, a my wpadamy z impetem na czoło stawki. Odsadzamy susami resztę już o jakieś 20m.. Nakładamy już złote laury patrząc jak pozostali idą w zupełnie inną stronę do…. właściwej kasy ;/ Zatem szybki nawrót i ostatecznie wchodzimy po 20 osobach. Nie zrażamy się i tak jest na tyle mało osób aby zrobić zdjęcia bez bohaterów drugiego planu.
Borobudur to największa świątynia buddyjska w Indonezji. Wygląda jak wielopoziomowa piramida z rozmieszczonymi na szczycie kamiennymi ażurowymi dzwonami (stupami) z wielkim centralnym pośrodku. W każdej ze stup umieszczono wizerunek siedzącego Buddy. Poszczególne poziomy świątyni opowiada na rzeźbionych panelach historię postaci z wierzeń buddyjskich. Ze szczytu rozpościera się widok na okalającą całość dżunglę. Obstrykanie całości wraz z kontemplacją zajmuje nam ok 2h. Kierując się do wyjścia przechodzimy przez ścieżkę usłaną straganami, które o dziwo jeszcze nie są czynne. Ogólnie wydaje się, że tutejsi sprzedawcy robią łaskę pokazując jakiekolwiek zainteresowanie potencjalnym klientom przeciwnie do ich opowiedników z Kambodży, Tajlandii czy Malezji. Może to Ramadan ale fakt faktem, że do tej pory byliśmy przyzwyczajeni że sprzedawcy\nagabywacze wprost nas oblepiają w tego rodzaju miejscach a tutaj praktycznie nikt nas nie atakuje. Cały dzień chodzi nam po głowie niedoszly Sunrise więc postanawiamy zrobić kolejne podejście.  Wjeżdżamy na górę ok 9:00. W koło żywej duszy – w końcu to sunrise hill a tu pełne słońce.
Ogłupiały bileciarz widząc nieplanowanych gości w końcu proponuje nam bilety na wschód słońca po wschodzie słońca, w cenie dla zagranicznych turystów. Lokalni płacą połowę. Trochę to abstrakcyjne płacić za wejście na wschód słońca w pełni słońca więc po kilku przepychankach udaje się stargować całe 5% ceny. W końcu nawet w pełnym słońcu widok Borubuduru z góry jest wart zobaczenia. Po kilku minutach jesteśmy już na szczycie wzgórza, łapiąc oddech wyostrzamy wzrok w celu namierzenia majestatycznego kadru jak z pocztówki i… nie znajdujemy go :). Czubek świątyni ledwie majaczy na horyzoncie.  Na odchodne dostajemy rachunek za parking na dobicie.  Podsumowując tą sytuację rodem z Monthy Pytona zobaczenie czubka Borobuduru majaczącego na horyzoncie w pełnym słońcu, kupując wejście na wschód słońca kosztowało nas  ok 2$/osobę. Ale co tam: checked? checked.
Kierujemy się na drugą świątynię Prambanan, tym razem hinduistyczną. Planowane 40 minut jazdy główną drogą zamienia się na prawie 4-godzinną malowniczą trasę między wukanami, przez wioski garncarskie, wyrobników tofu, suszycieli ryżu i wszelakiej innej formy agralnej. Miejscami dochodzimy do zwężeń teoretycznie nie do przebycia takim dużym samochodem ale ze względu na brak opcji nawrotki pokonujemy kolejne kilometry. W końcu docieramy do Prambanan i tu znowu trafiamy na klimaty z getta – zagraniczni turyści płacą 6-cio krotną stawkę lokalnych. Nieco poirytowowani bierzemy bilety i wchodzimy za bramy. Świątynia nie robi na nas jakiegoś dużego wrażenia, tym bardziej że największy z obiektów jest nieczynny (o czym nas oczywiście nie poinformowano przy zakupie biletów). Obskakujemy całość w ok 30 min. W tej konkurencji Borobudur wypadł lepiej. Odnosimy wrażenie, że obie świątynie promowane są minimalną ilością nakładu, co jest dla nas kompletnie niezrozumiałe. Żadnych znaków na trasie, minimalny ruch nagabywaczy, wszystko takie jakieś na pół gwizdka. Jak na najsławniejszą atrakcję tego typu w całym kraju wydaje się, że masa pieniędzy ucieka koło nosa. Podbicie cen dla zagranicznych turystów raczej nie jest rozwiązaniem. No cóż: mamy jeszcze 7h do dyspozycji zanim zdamy samochód więc postanawiamy sprawdzić malownicze plaże za Yogyakartą. Obieramy kierunek na najbliższą miejscowość nad morzem – Srandakan. Ruch na drodze monstrulany. Chrupki zalewają oba pasy jezdni oklejając naszą toyotę szczelnie na każdym skrzyżowaniu. Aby skręcić niejednokrotnie musimy pokazać kto tu ma większego a kto jest byle chrupkiem (to samo czasem przeżywamy my w kontakcie z tirami i autobusami). Po 50min walki, głodni jak wilki, docieramy na plażę i przecieramy oczy ze zdumienia. Widok plaży zapiera dech w piersiach. No cóż: nazwa miejscowości kojarząca się nieco z fekaliami powinna nam dać do myślenia..
Podsumowując: pomimo kilku wpadek dzień uznajemy za udany. Tymczasem pakowanie a jutro Bali…

———————————————–
Tłumaczenia:
———————————————–
– Nie ma dzisiaj wschodu słońca.  Bardzo drogie(380 000 IRD ok 35$) Lepsiejszy wschód do zobaczenia ze wzgórza. Pokażę jak dojechać, za mną 50 000 IRD ok?
– Ok, nie dziękuję mamy samochód
– 30 000 IRD ok?
– Ok. nie dziękuję
———————————————–
– Zostawcie tutaj. 5 000IRD ->wskazuje na czarną czeluść na czyimś (pewnie swoim) podwórku..
– Nie ma mowy. Chcemy wjechać na górę
– Parkować tutaj.Na górze pełno. Na prawdę Sir.