To cave or not to cave.

Ok.18:00 opuszczamy hotel w Hanoi i ruszamy na południe do starej stolicy Wietnamu – miasta Hue, po drodze z przystankiem na jaskinię Phong Nha.Kupilismy tak zwany ‚open ticket’, który pozwala na przebycie trasy z Hanoi do Ho Chi Minh z możliwością zatrzymania się w kilku miejscach po drodze. Linia autobusowa jest tak pomyślana aby przypadkiem nie ominąć żadnego z dużych ośrodków turystycznych. O tym co się stanie jak zboczysz z trasy ‚open busa’ za chwilę :).

Jaskinia Phong Nha znajduje sie mniej więcej w 2/3 dystansu do Hue. Ze względu na czas podróży (10h) i porę nocną, mieliśmy jechac autobusem sypialnym. Pod hotel podjechał zwykły minibus.
-Tam mamy spać?
Minibus dowozi nas dopiero do właściwego autobusu, uff. Na miejscu okazuje się, że nie dostaliśmy biletów i musimy poczekać aż ktoś z hotelu je dowiezie – poślizg ok 20min. Możemy warunkowo wejść na pokład. Przy wejściu obsługa każe ściągać sandały\flipflopy i włożyć do worków, gdyż cały autobus zamieniono na wielki wagon sypialny. W życiu czegoś takiego nie widzieliśmy: autobus podzielono na 3 rzędy wzdłużnych, piętrowych kapsuł. Rozmieszczonych 2 po bokach i 1 na środku, tworząc w ten sposób dwa przejścia, które wyłożone miękkimi materacami można zamienić w dodatkowe miejsce do spania ( i w ten sposób zarobić trochę więcej dongów). Każdy rząd wygląda jak spięte ze sobą bobsleje z regulowanymi oparciami. Obudowane miejsce na nogi wsunięte jest pod oparcie bobsleja z przodu. Na wyposażeniu jest koc, mała woda i pas zabezpieczający przed upadkiem z wysokości. Cierpliwość i umiejętność przetrwania na górnych pokładach we własnym zakresie. Z głośników pobrzemiewają stare wietnamskie i amerykańskie hity wakacyjne takie jak cocojambo/aquagirl itp. Ze względu na robactwo grasujące przy wejściu wybieramy łóżka na ‚pięterku’ i w towarzystwie białasów z różnych części świata jak i Wietnamczykami ruszamy na podbój południa.
Po początkowej ekscytacji otoczeniem zaczynamy doświadczać pierwszych niedoskonałości „łóżek”. Po pierwsze są za wąskie i krótkie dla kogoś o wzroście większym niż 1,65m. Im dalej w las tym gorzej. W końcu dochodzi się do momentu odrętwienia kiedy należałoby zmienić pozycję. Można ugiąć nogi w kolanach ale po chwili to również wymaga korekty ze względu na uderzenia kolanami w plastikową obudowę. Jeśli leżysz w środkowym rzędzie na górze to dodatkowo pojawia się problem z ułożeniem rąk. Albo zaplatasz na klatce piersiowej i znowu łapie cię skurcz albo zwisają ci bezwładnie jak u leniwca na gałęzi dyndając przed twarzą osoby w bobsleju pod tobą. Obydwie pozycje szybko się robią niewygodne, szukasz więc kolejnego rozwiązania, np ułożenia na boku. Na środkowym rzędzie taka pozycja grozi katastrofą przy bardziej dynamicznych wejściach w zakręty. Nie włożysz w tej pozycji nóg do środka bobsleja więc musisz się jakoś zapierać aby nie wypaść. W ten sposób zmieniając cyklicznie pozycje dotarliśmy w końcu o 4:00 w nocy do Quing Binh, skąd planowaliśmy wyruszyć w kierunku jaskini Phong Nha. Z całego autobusu wysiadła tylko nasza czwórka… Na środku ulicy spotykamy dwie zagubione Francuzki. Do jaskini z tego miejsca pozostało jeszcze 40km. Francuzki wyraźnie zdezorientowane, nie wiedzą co ze sobą począć o tej porze w mieście, gdzie wszystko w koło jeszcze śpi, pytają czy wiemy jak tam dojechać. Oczywiście nie wiemy :). Szybko okazuje się, że nie całe miasto śpi. Skuterkowe mafie już nas namierzyły pośrodku mroku uliczek i chcą serwować transportowe usługi za nasze dongi. W trakcie rozmowy pada „bus station”. Dwójka dziewczyn podchwytuje, wsiada na skuterki i odjeżdza w jakims kierunku rzucając do nas „see you at the bus station”. Jakiś czas później dowiadujemy się, że w miescie nie ma ‚bus station’ z którego można dostać się do Phong Nha (oczywiście wcale nie musi być to prawdziwa informacja – poprawność informacji zmienia się tutaj w zależnośći od ilości dongów położonej na szali). W drodze padło pewnie wiele „merde” :). Z plecakiem 70l na plecach podróż skuterem w dwie osoby wydaje się być mało komfortowa nie mówiąc o ryzyku rozbicia grupy. X skuterków i możliwych dróg x możliwych problemów. Przydałaby się taksówka. Po chwili przyjeżdża ponownie jeden ze skuterków, który zabrał Francuzki.
-Taxi, 4 person, ok, moment.
Wyciąga telefon. Jak się później okazało każdy gość na skuterku ma swoją ‚zaprzyjaźnioną taksówkę’.
-600VND for taxi to the cave – szybko dochodzimy do wniosku że to za dużo i busem będzie taniej. W tym momencie nie wiemy jeszcze,
że nie ma opcji aby nas zabrał autobus publiczny, bo takich po prostu nie ma.
Dziękujemy gościowi na skuterku i budzimy za rogiem śpiącego w samochodzie taksówkarza.
Ten ochoczo pakuje plecaki ale za cholerę się nie możemy dogadać
– We want to go to the Buus staaatiooon ( pytamy wolno z nadzieją że zajarzy podstawowe zwroty)
– Hyyy
– Is there any bus station?
– Hyyy?
W końcu znużony impasem dzwoni do „lokalnego lingwisty” :). Wręcza nam komórkę, żebyśmy się dogadali a sam zasypia na kierownicy (wtf).
Przy pomocy telefonu i wymianie słuchawki dochodzimy do porozumienia. Zawozi nas  pod „travel agency”, gdze spotykamy azjatę-turystę i jego dziewczynę w sytuacji podobnej do naszej.
Zagadujemy do Azjaty:
– Hi, do you know where some bus station is
– Don’t know
– Did you asked the guy who just brought us here
– No man he is lost. I’m gonna find some hotel.
Wygląda na to że, z miejsca gdzie była jakakolwiek jeszcze szansa na transport zafundowaliśmy sobie przejazd z deszczu pod rynne.
Jest 5:00, jesteśmy w kompletnej dupie. Pogasili już latarnie na ulicach. Decydujemy się na powrót pieszo w kierunku, z ktorego przybyliśmy – może coś złapiemy po drodze. Mija nas kolejny ‚open bus’. Zatrzymuje się nieopodal, pilotowany przez gościa na skuterku. Pytamy go czy załatwi taxi do jaskini.
-OK yes taxi yes moment
Znika w mroku, z którego po chwili wyłania się śpiący na poboczu taksówkarz.
-Jaskinia, 550.000 VND ok?
Nic już nie stargowaliśmy ale i nie mieliśmy już specjalnie siły. Właściwie jakby powiedział 600.000VND i tak wzielibysmy z pocałowaniem reki w obecnej sytuacji.
Z ulgą rozsiadamy się w samochodzie. Jest klimka, jest dobry kierunek, jest dobrze.
Zaczyna świtać a za oknami widoki jak z filmów wojennych o Wietnamie. Górzysta dżungla faluje po horyzont. Zmęczenie daje się we znaki, w końcu nas rozkłada pokotem. Teleportowani snem budzimy się u celu.
Parking przed kasą biletową pusty, wygląda na to, że będziemy pierwszymi odwiedzającymi. Jest 6:15, budkę z biletami otwierają o 7:00. Rozkładamy się nad rzeką i kontemplując przyrodę raczymy się zimną Hudą (lokalne piwo). Przy okazji dowiadujemy się z jednego z plakatów, że pijani i chorzy umysłowo nie są wpuszczani do jaskini :) Zaczynają zjeżdżać się powoli turyści. Dwóch Azjatów zauroczonych rudym białasem z naszej ekipy robi sobie z nim zdjęcie. Wybija 7:00  okazuje się że przy kasie ustawiła się już kolejka, więc chyba nie dotrzemy do jaskini jako pierwsi. 20min w kolejce i dobijamy się do kasy, trip nr 1(„just cave”). Wiek jaskini szacuje się na ok 20mln lat, jest największą w całym Wietnamie i jedną z największych na świecie, (długość zbadanego odcinka zmienia się dosyć dynamicznie – obecnie chyba ok 90km korytarzy) w większości zalana rzeką. Można ją zwiedzać z poziomu łodzi. W czasie wojny pełniła rolę szpitala Vietkongu.

Wchodzimy na łódkę tylko w czwórkę więc praktycznie mamy private trip. Sunąc w górę rzeki, w kierunku wejścia do jaskini, mijamy kolejne łodzie rybackie. Zastanawiamy się czemu na łodziach są same kobiety (mężczyźni wożą turystów na skuterkach)?
W końcu na horyzoncie zaczyna majaczyć wejście do groty. Wpływamy i wielkie łał. Jaskinia jest niesamowita, ogromna. Niesamowicie bogate strukturalnie potężne stalagmity, stalaktyty, stalagnaty i inne formy nacieków których nazw nie znamy. Przed tripem ktoś w sieci napisał o jaskini: „jeżeli chcecie zobaczyć tylko jedną jaskinię – powinna to być ta”.  Wzięlismy ten tekst trochę z przymrużeniem oka, będąc w tym miejscu trudno się jednak nie zgodzić ze wspomnianą wypowiedzią. Każdy kolejny zaułek pokazuje coś unikalnego, jakby jaskinia chciała się pochwalić swoją bajkowością odkrywa raz po raz swoje cuda. Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że nie odsłoniła wciąż wszystkich tajemnic. Jeśli piraci gdzieś mieli zostawiać swoje skarby to właśnie w takich miejscach.
Po kilkunastu minutach  z rozdziawionymi szczękami w końcu zawracamy łódź przed wejściem do dalszych „komnat”. Z braku światła nie widać co kryje czeluść ale Ci co widzieli film „Zejście” mogą się domyślać :). W połowie powrotnej drogi przez jaskinię dobijamy do brzegu. Możemy teraz wrócić pieszo. Wciąż nie możemy się nadziwić majestatyczności miejsca w którym mamy okazję się znaleźć. 20mln lat tworzenia robi wrażenie. W końcu wydobywamy się na powierzchnię. Na brzegu już czeka na nas nasza łódź. Dalej komentujemy to co zobaczyliśmy. Zapominamy kompletnie o męczącej podróży do tego miejsca w obliczu doznań jakie otrzymaliśmy w zamian.
Łapiemy taxi z powrotem do miasta na dworzec kolejowy aby złapać transport do Hue. Na dworcu okazuje się ze pociąg jest o 13:30 a pozostałe 150km do Hue przemierza w 6h! Lekka masakra, automatycznie przywołujemy wspomnienia z 5h podróży pociągiem z Bangkoku do Kambodży z zeszłego roku. Chcemy poszukać alternatywy. Część żeńska zostaje w baro-spożywczym obok dworca, część męska grupy szuka innego szybszego transportu.
Dochodzimy do skrzyżowania. W lewo estakada, w prawo droga do piekła, prosto Coś. Wydaje się, że na początku „coś” widać travel agency. Wchodzimy, w środku 5 Wietnamczyków różnej płci zdaje się chiloutować. Podchodzimy do dziewczyny wyglądającej na kumatą.
– Hue by bus today?
– Hyyy?*
– Hue by bus
– Hyyyy? (odmrukuje Wietnamka wykrzywiając jeszcze bardziej ze zdziwienia twarz niż za pierwszym razem)
Piszemy w końcu Hue na kartce może źle intonujemy. Wygląda, że o to chodziło i teraz już złapiemy nić porozumienia.
– OK Hue
– bus here?
– no
– bus to hue, no? – pytamy najprostszym jezykiem, dla potwierdzenia
– yes
– so bus to Hue, yes?
– no
W końcu wychodzimy załamani z dialogu podwójnych zaprzeczeń żegnani śmiechem wyraźnie rozbawionych tubylców. Do odjazdu pociągu jeszcze 1,5h więc idziemy przez estakadę nad torami kolejowymi. Po drodze nieudanie próbujemy kupić loda na patyku. Targi nie doszły jednak skutku. Co kilkanaście metrów mijamy salony sukien ślubnych.
Żadnych agencji, niczego. Ogólny rozpieprz. W końcu dajemy za wygraną i łapiemy taksę z myślą o powrocie do…. no właśnie zapomnieliśmy jak jest dworzec po Wietnamsku. Udaje się porozumieć z kierowcą przy pomocy onomatopeji
– We want to go to railway station „łuuuu, łuuu”
– Ok
Po drodze rozbawiony kierowca pod nosem z uśmiechem powtarza „łuuuu, łuuu”
Wracając przez estakadę mijamy parę młodą podczas sesji na torach kolejowych (lol).
Na tarczy wchodzimy do spożywczo-baru w którym żeńska część ekipy oczekiwała na pomyślne wieści. Niestety ich nie mamy.  Jedziemy pociągiem za 45 min. Dobra wiadomość to taka, że gospodyni lokalu robi wypasione banan pancakes. Oczekując na naleśniki mamy okazję poobserwować potomstwo gospodyni w trakcie zabawy. Starszy syn ok 5 lat ewidentnie naoglądał się za dużo karate kida, rambo czy bóg wie czego, sieje rozpierdziel po całym sklepie eksponując swoją siłę i próbując zwrócić na siebie uwagę. Patrzcie podnoszę kamień! A teraz cegłówkę nad głową! A teraz wentylator! A teraz siostrę(2 lata). Po każdym udanym podniesieniu bijąc się w piersi jak skośnooki goryl promienieje z radości. Siostra jak papuga, bezskutecznie próbuje powtórzyć wyczyny małego Herkulesa.

No dobra, czas kupić bilety.

-We want to buy tickets to Hue 13:30
– 6h road you know? – pyta kasjerka z podejrzliwością
– yes we know
– want hard seats?
spoglądamy po sobie  z konsternacją
– are there any soft seats?
– no
– so hard seats :)
Po kilkunastu minutach pociąg wtoczył się na stację. Wygląda jak pancerniak zabezpieczony przed atakiem dzikich zwierząt tudzież przed ostrzałem z CKMu. W oknach do połowy kraty i metalowe żaluzje. Zajmujemy ‚hard seats’ (drewniane ławeczki). Przed nami 6h wbijania się desek w tyłek. Na suficie wentylatory nieubłaganie nieruchliwe. Pocimy się niesamowicie. Ostatni kontakt z łazienką był 20h temu. No ale adventure musi być! :). Po chwili spostrzegamy, że cały wagon śledzi wzrokiem naszego rudego członka ekipy. Mają miny jak my w jaskini :). Ruszamy, w końcu wentylatory odpaliły, szybko padamy z sił. Wspierając się w dwójkach zasypiamy. W końcu po 6h jazdy wysiadamy w Hue. Łapiemy znużeni pierwszą nawiniętą taxę za rozsądną cenę. W amoku zmęczenia i niedospania jadąc wzdłuż Rzeki Perfumowej wmawiamy sobie jak ładnie pachnie  (z pewnością rzeka pachnie lepiej od nas). W końcu hotel, prysznic, łóżko, spanie. Jutro nowy dzień…

————————————-
*To częsta odpowiedź. Fakt, że Amerykanie trochę w tym kraju przesiedzieli nie wiąże się w żaden sposób z rozwojem znajmości angielskiego. W Kambodży zupełnie na odwrót.


ładowanie mapy - proszę czekać...

Phong Na Cave 17.582331, 106.280165