United colors of Bangkok

Bangkok. Tutaj zaczynała się i kończyła większość naszych azjatyckich wypraw. Tym razem, podobnie jak przy okazji poprzednich naszych dotychczasowych pięciu wizyt w tym mieście, nasz pobyt związany był z Rambutri Road – jednej z najgłośniejszych ulic starego miasta, ścisłym backpackerskim centrum. Rambutri to ugrzeczniona koleżanka równoległej ulicy – Khao San Road, pełnej hałaśliwych klubów, dyskotek i narąbanych ludzi maści wszelakiej i kebabów.
Rambutri jest dosyć specyficznym miejscem. Architektonicznie to jeden wielki bajzel, ciągnący się przez może około 500 metrów, pełen mniejszych lub większych knajp zlokalizowanych przeważnie tylko po jednej jej stronie. Brudna, miejscami pełna wielkich worków ze śmieciami, czekającymi nie wiadomo już jak długo na wywiezienie w kierunku upragnionego spoczynku. Zatłoczona, obstawiona wózkami z jedzeniem, wypełniona hałasem z kolejnych knajp, w których azjaci pragnący zostać nowymi gwiazdami amerykańskiego rocka, wykonują kolejne własne interpretacje „Kelifojnikejszo”, „Ande di bri” czy „Stałaj tu hefun” posługując się zadziwającym Thaiglishem. Fakt, że w trakcie kolejnych pobytów widzimy wciąż te same „gwiazdy” nie wróży im raczej świetlanej przyszłości w showbizie. W trakcie krótkiego spaceru „tam a nazot” kilkukrotnie dostajemy niepowtarzalne szanse na zakup garnituru szytego na miarę, złapania taksówki do siedliska rozpusty na widowisko o dzwięcznej nazwie Ping-Pong Show (ciekawskich odsyłamy do poszukania informacji po ciemnej stronie internetu), zaopatrzenia się w modne sznurkowe bransoletki na rękę z napisem „I love cocks” i „Gaylord fucker” czy tegoroczny hit – selfie-sticki sprzedawane z pęczków. Wiele ze wspomnianych wcześniej knajp nie ma nawet wiele wspólnego z Tajlandią, serwując pizzę, spaghetti czy hamburgery w sytuacji kiedy kucharz całą swoją wiedzę na ten temat czerpie prawdopodobnie z YouTube’a. Jesteśmy w stanie zrozumieć ludzi, którzy po krótkiej wizycie w tym miejscu stwierdzaja, że Bangkok to jeden wielki syf i właściwie nie wiadomo po co tam przyjeżdzać. Wystarczy jedna wizyta w knajpie na podłym jedzeniu (o które akurat tam nietrudno), wypicie drogiego bucketa (drinki podawane w plażowych wiaderkach) zawierającego śladowe ilości alkoholu i chwila ciągłego stresu w trakcie pobytu w knajpie kiedy przy stoliku jeszcze szybciej niż obsługa uwijają się karaluchy.
Dla nas jednak ta mieszanka tworzy niesamowitą kompozycję. Jest w tym miejscu coś, co za każdym razem nas przyciąga, sprawia że na samą myśl o spędzeniu kolejnego wieczoru w tym bajzlu na twarzy pojawiają się uśmiechy, których zasięg ograniczają niestety uszy. Zmierzając do znanych nam już punktów, niemal bezwiednie już wypowiadamy kolejne „no, thank you” w odpowiedzi na kolejne zaczepki, bo wiemy że za chwilę siędząc przy rozłożnym bezpośrednio na ulicy, specjalnie dla nas stoliku zjemy doskonałe krewetki, curry czy rybę, podziwiając nieprzerwany potok niesamowicie kolorowych ludzi.
To właśnie na kolorowość i różnorodność nadaje temu miejscu niepowtarzalny charakter. Po kolacji potrafimy niemal w ciszy siedzieć na krzesełkach zwróconych w kierunku ulicy i po prostu wgapiać się w przechodzących ludzi… starzy, młodzi, z rodziną, samotni, z poznaną właśnie tajską „przyjaciółką”, byli męzczyźni-obecnie w trakcie przepoczwarzania, turyści zagubieni, będący tam po raz pierwsi, stare wygi które z niejednego kociołka już curry jedli, wracający z wyprawy, wyjeżdzający na treking, we flip-flopach, w glanach, boso, na szpilkach… i tak dalej i tak dalej…
Pomiędzy nimi przemykają kolejne wózki z jedzeniem, taksówki, skutery.
Głodni ? Wystarczy wstać, przejść na drugą stronę i za śmieszne pieniądze kupić miskę makaronu (Pad-Thai) czy porcję sajgonek, zwanych tutaj SpringRolls i zjeść je siedząc na krawężniku czy w zaimprowizowanym punkcie złożonym z kartonu i czterech mikro-krzesełek.
Do dzisiaj śmiejemy się z naszej pierwszej wizyty w tym miejscu, kiedy po 10 minutowym spacerze po rambuttri z plecakami zaraz po przylocie, skróciliśmy pobyt w hotelu o dwie noce twierdząc, że nie ma szans żebyśmy wytrzymali tu dłużej niż pół dnia. Wystarczył jeden wieczór, po którym z podkulonymi ogonami wracaliśmy do recepcji z nadzieją, że nikt nie zarezerwował jeszcze naszych pokoi na dwie następne noce :)
Wydaje nam się, że to miejsce idealnie niemal pasuje do oklepanego stwierdzenia – „albo się je kocha albo nienawidzi”. Dla nas, mamy nadzieję, to nie ostatnia wizyta…
Pora się zbierać, po raz kolejny dać się oszukać taksówkarzowi w drodze na lotnisko skąd skaczemy do Istambułu na 24h postój,a dalej w stronę domu. Ale to już temat na inna historię, i chyba nie na tego bloga…
To był dobry trip. Kolorowy. Trochę jak Bangkok…

ładowanie mapy - proszę czekać...

Bangkok - Penthai food 13.760423, 100.496798 Street food - Penthai Food