Cambodia Express

Wyruszamy w stronę Kambodży. Do Siem Reap – miasta w pobliżu Angkor Wat do którego planujemy się udać, można dostać się lądem, morzem (i potem trochę lądem) lub samolotem. Dwie ostatnie opcje odrzuciliśmy z przyczyn oczywistych, zatem pozostał ląd ;). Naczytaliśmy się oczywiście wszelkiej maści wypowiedzi z cyklu „uważaj na to, uważaj na tamto, zrób e-visę, nie daj się przerobić na dodatkową opłatę przy wjeździe od cwaniaków etc”. Żaden jednak przewodnik, wpis z bloga, rada od Kasi w „Życiu na gorąco” czy inna Pani Dobra Rada nie przygotowała nas na ciąg zdarzeń, który miał nastąpić… Do tej pory nie mamy pojęcia czy nazwać to pechem czy po prostu przygodą, w każdym razie co przeżyliśmy będziemy z pewnością długo jeszcze wspominać „przy kominku” ;)

Ale po kolei… Wszystko rozpoczęło się zgodnie z planem: 5 rano Bangkok dworzec kolejowy Hua Lampong. Kupujemy bilety na pociąg do Aranyprahet (czy jakoś tak) / Poitpet  (przejście graniczne z Kambodżą).  48 BHT od głowy (ok. 5-6 zl). W ciągu dnia są tylko 2 odjazdy w tym kierunku: jeden o 5:50, drugi późnym popołudniem skazujący na nocleg w Poipet (którego bardzo chcieliśmy uniknąć). Pociąg to całkiem solidna 3 klasa. Jak na wyobrażenie o 3 klasie jest całkiem czysto. Pod sufitem są nawet wentylatory –  damy radę :)

 

Optymizm szybko zmienia się w irytację. Gdyby nie złamane siedzenie z którego bez zapierania się przez 5h jazdy zjeżdżała połowa z naszej grupy to jazdę można uznać za „całkiem komfortową”. Ze złamanym siedzeniem natomiast: ma-sa-kra! (eraz rozumiem słowa  „przewracał jednego boku na drugi, szukał trzeciego”). Za oknem coraz bardziej wiejskie klimaty: niekończące się połacie pól ryżowych, co stacja wsiadają kolejni Tajowie na przemarsz wagonami zachwalając swoje specjały prosto z koszyczka. Jeżeli uda ci się zasnąć jesteś uratowany (tak jak druga połowa naszej grupy), jeżeli masz niestabilne siedzenie irytacja narasta z każdą minutą. Masz ochotę na wyskoczenie na najbliższej stacji… Po przeszło pięciu godzinach nieustającej walki dojeżdżamy do końcowej stacji jednak do przejścia w Poipet pozostało jeszcze 6km. Na szczęście o tuk-tuka nie trudno. Lokalesi znaleźli sposób na dobry biznes – machają do nas oferując transport zanim jeszcze pociąg na dobre się zatrzymuje.
Przewóz osób w kierunku przejścia oprócz rolnictwa jest prawdopodobnie jedynym źródłem dochodu w okolicy. Po drodze mijamy wciąż Tajlandię ale już czuć bliskość Kambodży. Wkoło widać w jak skromnych warunkach żyją ludzie a jedyna szansa na lepszy czas to ten pociąg z turystami 2 razy dziennie. Dojechanie tuk-tukiem za do granicy kosztowało nas ostatecznie 100BHT (z duzym napiwkiem) / 4os. Prawdopodobnie dałoby się jeszcze stargować ale biorąc pod uwagę nasz poziom zmęczenia łyknęlismy cenę bez większego marudzenia. Kilkanaście minut jazdy jak po kartoflisku. Żeby się dostać do granicy czeka nas jeszcze szybka przebieżka z plecakami pomiędzy nagabywaczami na vise (na szczęście mieliśmy już e-visę). Wybiegamy poza ich zasięg na główną ulicę. Z nieba leje się żar, z ziemi unosi się pył. Masa ludzi ciągnie wielkie wózki (a właściwie wozy) ze wszystkim a my gdzieś pomiędzy drepczemy ‚na czuja’ w kierunku przejścia. Co jakiś czas pojawia się miły pulchny pan, wskazując nam drogę do Kambodży. Pojawia się również coraz więcej straży granicznej która kieruje nas do zatęchłego korytarza 3m×1,5m, prowadzącego ponoć do odprawy. Najwyraźniej żeby dotrzeć do Kambodży musimy przejść przez szereg baraków. Nie może być zbyt łatwo. W korytarzu do którego nas kierują jest chyba z 1500 stopni, duchota kurz i pył. W końcu dochodzimy do prowizorycznej budy w której znajduje się odprawa paszportowa. Kolejka idzie całkiem szybko – 20min i jesteśmy na ziemi niczyjej pomiędzy Kambodzą a Tajlandią. Ziemia dosłownie niczyja. Wkoło ludzie ciągną swoje wozy, przejeżdżają ciężarówki, zdezorientowani turyści pytający się wzajemnie o drogę a wszędzie unosi się czerwony pył. W oddali widać imponującą bramę z dumnym napisem Kingdom of Cambodia.
Spotykamy ponownie wcześniej wspomnianego pulchnego pana (zjawił się dosłownie znikąd), który wskazuje niekończącą się trasę do odprawy w Kambodży. Jeszcze tylko tułaczka między straganami, kolejny barak z odprawą, 20 minut błądzenia i jesteśmy w Kambodży. Minęło ok. 7h od wyjazdu z Bangkoku i naszego ostatniego posiłku. Gorączkowo rozglądamy się za transportem do Siem Reap – zostalo już tylko 150km…  Marzymy o wejściu do klimatyzowanej taksówki i zamknięciu oczu. Spod ziemi wyrasta dobrze znana postać Pan ‚Pojawiam Się i Znikam” oznajmiając z radością „Welcome to Cambodia”. Zagania nas do darmowego busa na przystanek autobusowy i postój taxi. Powoli nam zaczyna być wszystko jedno. Czujemy że jeżeli się nie poddamy ponagleniom za chwilę obudzimy się z ręką w nocniku bez busa i bez taxi,  dlatego wsiadamy i jedziemy kolejne 10min.

„Taxi here, bus here, you can change your money here” – wielobranżowa fabryka obsługująca turystów. Negocjacje cenowe z jednym z taksówkarzy kończą się sukcesem – zgadza się na nasza cene 35usd do Siem Reap, ale do taksówki możemy wsiąść dopiero za rogiem, po kryjomu, żeby pozostali nie zauważyli ze zabiera nas za cenę niższą niż mafia nakazuje. Wychodzimy za bramę, atakuje nas kolejny taksówkarz, który od razu przystaje na 35usd. W międzyczasie pojawia się poprzednia taksa, wiec decydujemy się jednak na tę pierwszą. Ruszamy stara, szarą Toyota Camry (wszystkie taksówki w tej okolicy to Camry w kolorze błota, z różnych roczników), na szczęście klimatyzowaną. Wyjeżdżamy z „centrum turystyki” na wylotowa trasę do Siem Reap. Masa skuterów, na których ludzie przewożą wszystko o gabarytach nie większych od średniego wołu.
Po 5 min zatrzymujemy się na przydrożnej… hmm.. stacji paliw (kilkanaście desek + parę skorodowanych butli z gazem + kawałek wężyka). Kierowca tankuje rozmawiając z kimś nerwowo przez telefon. Po chwili zjawia się inna Camry a kierowca prosi nas żebyśmy się przesiedli „same price, he’ll take you”. Wtf?

Zdezorientowani, przesiadamy się. OK: same price, wszystko jedno. Kierowcy wymieniają się miedzy sobą gotówką (aa!! zostaliśmy sprzedani!!) i ruszamy. Droga jest prosta.. dosłownie: prosta… 150-kilometrowy odcinek z czterema zakrętami zaczyna się strasznie dłużyć. Widoki?  Na przemian dżungla, pola ryżowe, drewniane chaty i znów dżungla. Na drodze tylko Toyoty Camry, skutery, od czasu do czasu traktor czy ciężarówka przewożąca ludzi do pracy w polu.
Na niebie zaczynają zbierać się chmury – okazuje się że pora deszczowa jednak istnieje. Leje jak z cebra kiedy dojeżdżamy do Siem Reap.

Przy wjeździe do miasta stoją wielkie, nowe hotele, pod hotelami kilka bardziej kolorowych (luksusowych) aut. W zderzeniu z widokiem ludzi przewożonych ciężarówkami wygląda to jak z innej bajki.
Kierowca skręca obok jednego z hoteli w boczną uliczkę: „Last stop, can not take you to Hotel, you have to take tuk-tuk here”. Oczywiście taksówkę zdążyli otoczyć już tuk-tukowcy.. Właśnie ponownie zostaliśmy sprzedani :) Za kolejne 3km musimy zapłacić 6 dolarów. Cena wytargowanej taksówki chyba własnie wzrosła.

Ledwo wsiadamy do tuk-tuków, zaczyna się kolejne oberwanie chmury, w trakcie którego dwoje z nas zalicza totalne przemoczenie ubrań i plecaków.
5min jazdy i dojeżdżamy na miejsce. Hotel wygląda bardzo przyjemnie. Skromnie ale czysto. Szybki check-in, prysznic i wielka drzemka. Ufff…

ładowanie mapy - proszę czekać...

Poipet 13.661276, 102.550120 Przejście graniczne w Poipet Cambodia Express