Wszystko co chciałbyś wiedzieć o nicnierobieniu…
Tegoroczną wyprawę podzieliliśmy w taki sposób aby po rajdzie przez północną Tajlandię i nieznany nam Laos, móc złapać kilka dni oddechu w jakimś urokliwym i przede wszystkim spokojnym miejscu. Szybki rzut oka na linię brzegową Malezji, trochę googla i już wiedzieliśmy, że te warunki powinnna spełnić wyspa Tioman, położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu półwyspu. Taka lokalizacja była też oczywiście bardzo dobrym pretekstem do odwiedzenia Singapuru.
Po deszczowym Laosie i hiper napiętym pobycie w Singapurze, wizja leniwego snorkelowania, hamaków na plaży i codziennego seafood BBQ na wolnocłowej tropikalnej wyspie wydawała się dokładnie tym czego było nam trzeba. Mając w pamięci problemy ze znalezieniem miejsc noclegowych przy okazji poprzednich wizyt na małych, tropikalnych wyspach, tym razem postanowiliśmy się zabezpieczyć jeszcze przed wyjazdem, bookując 3 noce na wschodniej części wyspy (Juara) i dwie na zachodniej w Kampung Genting.
Tioman to całkiem spora, górzysta, tropikalna i w 90% dzika wyspa, porośnięta gęstą dżunglą. Łącznie ma może kilkanaście kilometrów dróg, z czego większość przypada na niewielką ulicę wzdłuż „stolicy” Tekkek oraz na drogę przebiegającą w poprzek wyspy, prowadzącą do wioski Juara. O stolicznym charakterze Tekkek świadczy przede wszystkim obecność sklepu wolnocłowego, jedyny na wyspie bankomat i coś na wzór lotniska. Poza tym nic ciekawego tam nie ma.
Prom (tzw. Jetty) z Mersing do Tekkek to koszmar. Duszno, głośno i sporo po czasie, ale przynajmniej jak to z reguły w Malezji bywa – cholernie szybko. Kolejny etap to przejazd na pace wysłanego po nas HiLuxa, wspomnianą drogą do Juary. Półgodzinne wspinanie się a potem zjeżdżanie betonową drogą prowadzącą przez środek dżungli dostarczyło sporo emocji – zewsząd dobywają się odgłosy dżungli, wśród wysokich koron drzew lawirują gigantyczne nietoperze na tle rozgwieżdżonego nieba. Droga pnie się ostro w górę aby chwilę potem gwałtownie zacząć opadać. Wokół dzicz.
Juara to mikroskopijna wioska wciśnięta pod zarośnięte dżunglą zbocze gór. Ma pewnie z kilkadziesiąt mieszkańców i drugie tyle przybyłych turystów. Na długiej, kilkusetmetrowej plaży, przez cały dzień można napotkać kilkanaście osób w jej północnej części lub raptem kilka w południowej. Oj tak, zdecydowanie byliśmy na odludziu o jakie nam chodziło. I to jak się okazało całkiem dzikim. Ledwo kilkadziesiąt metrów od domku na plaży wpadamy na drzewo na którym zawisła przynajmniej setka giga gacków, przy odrobinie szczęścia rano można wdepnąć w warana albo zjeść śniadanie w towarzystwie węża, wpadającego z dachu niemal wprost do omleta – „a bit dangerous” jak twierdzili miejscowi (obyło się bez paniki i ofiar, ale bardzo pomocny okazał się zestaw miotła + maczeta).
Warany, a dokładniej Monitor Lizards, potrafiły niejednokrotnie wywrzeć niesamowite wrażenie. Największe niewiele odbiegały rozmiarami od tych z Komodo, osiągając na oko ze 2-2,5m. Małe, spotykane często przed schodami domku, można było łatwo wystraszyć. Natomiast jak zachowałyby się dorosłe okazy w odległości kilku metrów od nas woleliśmy nie sprawdzać. Dzicz, odludzie i chillout. Rano leniwe śniadanie, potem leniwe moczenie dupska w ciepłym morzu, plażowanie, snorkelowanie, obiadek, deserek, kolacyjka w klimatycznych barach na plaży przynosiły miłe chwile odprężenia. Do pełni szczęścia brakowało jedynie wieczornych BBQ z seefoodem, które z rozrzewnieniem wspominany po dziś dzień. Tubylcy brak wieczornych dostaw świeżego seafoodu na BBQ tłumaczyli tym, że rybacy już nie zawijają do tej części wyspy z połowem. Dlaczego? – tego już nie potrafili nam wyjaśnić.
Przeskok na zachodnie wybrzeże wyspy, do wioski Genting właściwie nie zmienił zbytnio naszego planu dnia. Dla zintensyfikowania doznań zdecydowaliśmy się na snorkeling tripa do Coral Island łodzią wynajętą u mieszkającego tam Szweda – Paula. (Całkiem niezłe spoty do snorkelowania z żółwiami i rekinami rafowymi ale wciąż bezdyskusyjnym królem dla nas pozostaje rafa w Permuteran na Bali.)
Ostatni leniwy dzień na wyspie zwieńczyliśmy w końcu długo oczekiwanym BBQ zorganizowanym przez obsługę naszego resortu. Choć nic nie może się równać z dekadenckimi obżarstwem jakie mieliśmy przyjemność odbywać każdego wieczora podczas pobytu na Perenthians (link) to tutaj nie mogliśmy mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń. Wszystko idealnie świeże i rozpływające się w ustach, przyprawione przeostrym Sambalem w wersji lalala :) (La oznacza stopień ostrości)
Ogólnie, cały pobyt na Tioman mocno podładował nasze baterie. Szwed, który przed osiedleniem się w Genting 3 lata temu zajmował się zawodowo prowadzeniem barów w Europie a na Tioman stara się zapomnieć o dotychczasowym życiu twierdził, że po tygodniu wiedział od razu, że chce tu zostać. Jak mowił teraz jest szczęśliwy każdego dnia.
Choć nie poszlibyśmy w ślady Paula to z całą pewnością polecamy odwiedzenie tego skrawka piaszczystej ziemi. Nam osobiście bardziej przypadła do gustu dużo spokojniejsza i dziksza Juara gdzie można faktycznie poczuć się wśród tubylcow jak swój chłop. Daleko im do luzu z Kuty na Lombok (link), ale zdecydowanie ich wyspiarski luz jest zaraźliwy. Tutaj czas nie istnieje.
Gdyby jeszcze tylko mieli codziennie wieczorne BBQ… ech.. ;)
ładowanie mapy - proszę czekać...