Wieczorami, zaraz po zachodzie słońca, Coral Bay zasnuwa się kłębami dymu. We wszystkich (czterech) knajpkach na plaży właściciele rozpalają swoje wielkie grille, by ku uciesze gromadzących się wygłodniałych białasów przygotowywać kolejne porcje świeżo złowionych ryb i seafoodu. W trakcie naszego pobytu, co wieczór napotykaliśmy ten sam problem: w jaki sposób złożyć zamówienie żeby spróbować wszystkiego co akurat w danym dniu można spróbować i by żadna pozycja z menu przypadkiem nie umknęła (menu stanowiła kartka wyrwana z zeszytu, na której odręcznie spisywano listę specjałów zakupionych z łodzi okolicznych rybaków). Do wyboru : barakuda, rekin, płaszczka, marlin, hiszpańska makrela, tilapia i jeszcze kilka gatunków ryb, których nazw nie pamiętam, wielkie krewetki, kraby, kalmary, langusty (nazywane przez miejscowych ‚lobsterami’) a wszystko to podawane z wieloma sosami do wyboru – kokosowym, chili, curry, sojowym z chili, słodko-kwaśnym, maślanym z czosnkiem… Cena porcji bez dodatków („no-set”) 10RM, z dodatkami 15RM (welcome drink, ryż, kawałki owoców, ciastko bananowe i pieczone ziemniaki).
Doznania? Rewelacyjnie.. Robiliśmy wszystko aby za każdym razem były jak najbardziej zróżnicowane, dlatego też pod koniec posiedzenia zużyte naczynia nie chciały się mieścić na stole.
Wieczory spędzone przy BBQ, czasem jednocześnie jedząc i mocząc nogi w ciepłym morzu, podlewając wszystko paroma kroplami zimnego Changa (!) w barbarzyńskiej cenie 8RM za mała puszeczkę były zdecydowanie najbardziej odprężającymi wieczorami w trakcie całego wyjazdu.
Ale czym byłaby nawet najlepsza wyżerka bez porządnego deseru? Tutaj na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać – Roti Canai – chrupiące naleśniki, podawane na wiele różnych sposobów, np. z bananami i miodem nieraz pełniły rolę przysłowiowej wisienki na torcie.
W porze lunchu zaglądaliśmy do knajpek na plaży w których serwowano przeróżne pyszności. Naszym łupem padały kolejne mniej lub bardziej lokalne specjały. Z faworytów: Veggie Curry typowe dla tych rejonów (okazało się, że rewelacyjne curry można przyrządzić nawet bez ochłapa mięsa), sałatka z zielonego mango z krewetkami i pikantnym sosem, świeże owoce i oczywiście nieśmiertelne Roti Canai w różnych wersjach: z masłem i czosnkiem lub na słodko.
Nie wyobrażamy sobie wizyty w Azji bez zjedzenia duriana – owocu znanego ze swojego ‚specyficznego’ zapachu (który obrósł już w legendy). W przeciwieństwie do zeszłorocznych degustacji kilku owoców, tym razem trafił się nam owoc bardzo dojrzały, niesamowicie słodki, papkowaty, maślany. Pokonał nas. Nie daliśmy rady go zjeść, mimo że mieliśmy dobre chęci. Po zjedzeniu określonej ilości durianowej papki konsystencja okazała się nie do przełknięcia. Przy okazji: nie, durian nie śmierdzi jak stara szmata. Wcale nie jest tak, że nie da się wytrzymać w jego pobliżu dłużej niż 5 sekund. Rozkrojonego duriana czuć z daleka, ale nie jest to zapach obrzydliwy. Jest po prostu bardzo wyraźny i przebijający inne zapachy.
Reguła ‚im lepiej wyglądający przybytek tym tym większe prawdopodobieństwo, że jedzenie będzie raczej średniej jakości’ jest właściwa chyba dla całej Azji. Na Perhentians zaliczyliśmy dosyć mocną kulinarną wpadkę.. Wydawało nam się że Azjata (tym bardziej Malaj) nie jest w stanie spieprzyć curry. Usilnie pracujemy nad wymazaniem wspomnienia zielonego i czerwonego curry które nam podano w jednej knajpce przy plaży. Dobrze, że przynajmniej zrobiliśmy trochę bajzlu i rozlaliśmy na stolik butelkę coli (ooops, niechcący..). Na zdjęciu obok wg menu zielone curry, wg nas woda z kałuży. Malajowie powinni popracować nad ustawą wprowadzającą kary więzienia za tak fatalnie przygotowany posiłek. :/
Tip dla wybierających stoliki w knajpach na plaży – sprawdźcie najpierw czy pod spodem przypadkiem już ktoś nie siedzi.
ładowanie mapy - proszę czekać...
Perhentian Islands5.915407, 102.715951Perhentian Islands
Need for Speed: Malaysia
Snorkeling
Rejs po morzu południowo-chińskim
BBQ Starts at 7
Need for Speed: Malaysia II