Hello Georgetown, my old friend
Georgetown – podejście drugie
Jako miejsce, z ktorego mielismy przedostac się do Birmy, wybraliśmy port lotniczy na wyspie Penang, ze stolicą w Georgetown. Airasia oferowała tutaj bardzo tanie przeloty, a transfer promem z Langkawi również był łatwo osiągalny i bezproblemowy. Nie oszukujmy się jednak – to nie te czynniki zaważyły w tym przypadku. Istotą, absolutnym kluczem programu jest tutaj jedzenie. Penang w 2011 roku zostało obwołane mianem „best place to eat” w zestawieniu bodajże Time’a. Fakt ten pare lat temu probowaliśmy juz raz zweryfikować, odbijając się niestety boleśnie od Ramadanowego muru. Tym razem sprawdziliśmy: brak jakichkolwiek świąt czy postów, a więc dostaliśmy okazję pójscia „full contact” z tutejszym kulinarnym zapleczem. A jest w czym wybierać. Wyraźny prym wiodą tu hindusi ze swoim Little India i chinczycy ze swoim… całą resztą. Gdzieniegdzie trafić można knajpki armeńskie, tajskie czy wietnamskie. Największą przeszkodą w trakcie degustacji okazuje się być ograniczona pojemność żołądka. Po prostu nie da się w tak krótkim czasie spróbować wszystkiego z wymarzonej listy, zwłaszcza bez pomocy Człowieka-Rury :) Na nasza fav-listę trafia na pewno lokalna specjalność – Penang Laksa – świetna, aromatyczna zupa, z makaronem, ananasem i tajska bazylią, przygotowana na słodko-ostro.
Co do samego miasta – tętni życiem i pełne jest szerokopojętej kultury, ze słynnym street artem na czele. Stara, kolonialna zabudowa w starej części miasta, zaadaptowana w typowo azjatycki sposób tworzy tu świetną, wyjątkową atmosferę prowokującą do bezcelowego przesmradzania się. My jednak mieliśmy cele jasno określone, oscylujące głownie wokół nabijania brzuchów, dlatego też zdecydowaliśmy się na wypożczenie rowerów – chyba najlepszego sposobu poruszania się po mieście. Udało nam się złapać jeden miejski z nieproporcjonalnie krótką kierownicą i drugi wielkości Jubilata, który z sentymentu Łukasz od razu zagarnął dla siebie. Tak więc pendalując szbciej sie przemieszczaliśmy, zwiekszyliśmy zasięg kilkukrotnie i przede wszytskim udało nam sie więcej spalić a tym samym wiecej dobrego trafilo do żołądka.
Właściwie udało nam się tym razem odkryć Georgetown na nowo, znajdując niemal dokładnie to czego szukaliśmy będąc tutaj za pierwszym razem. Kolej zatem na Mjanmę.
ładowanie mapy - proszę czekać...
„Człowiek rura” ;)